Dziecko płacze, bo mama kupuje wyprawkę w dyskontach. „Niech ryczy, nie wydam fortuny na markowe kredki”
Mój syn płacze, bo kupuję tanią wyprawkę w dyskontach, ale ja mówię krótko: niech ryczy, nie wydam kokosów na markowe przybory i gadżety z logiem influencerów z YouTube tylko po to, żeby Igor miał czym szpanować przed kolegami z klasy.

Gdy weszłam na dział szkolny w księgarni, złapałam się za głowę. Jedno opakowanie kredek ołówkowych znanej firmy kosztuje tam prawie 50 złotych. Do tego zeszyty z modnymi okładkami po 10 złotych za sztukę, markowy klej, farby polecane przez nauczycieli i nagle przy kasie zostawia się kilkaset złotych. Kiedy zobaczyłam ten rachunek, zabrałam Igora, zostawiłam koszyk i poszłam do najbliższego dyskontu.
Kupiłam tam wszystko z listy: kredki, bloki, plastelinę i nożyczki, płacąc za całość 70 złotych. Te rzeczy z taniego marketu malują tak samo, papier ma ten sam kolor, a plastelina lepi się bez problemu. Mój syn jednak, widząc, że na pudełku nie ma postaci z jego ulubionej gry, zaczął płakać i krzyczeć przy kasie. Ludzie w kolejce patrzyli na mnie, ale byłam twarda. Wolę wydać te zaoszczędzone pieniądze na lepsze jedzenie albo dodatkowy angielski dla młodego, niż nabijać kieszenie producentom, którzy żerują na dziecięcych kaprysach.
Presja rówieśnicza w szkole − drogie gadżety dzielą dzieci w klasie
Niestety współczesne dzieciaki są bardzo podatne na to, co widzą na TikToku czy Instagramie. Szkoła podstawowa coraz częściej przypomina rewię mody. Dzieci potrafią wyśmiać kolegę z ławki tylko dlatego, że ma zwykły piórnik bez modnego znaczka albo buty z marketu. Igor płakał w aucie, że koledzy będą się z niego śmiać, a pani od plastyki mówiła, że przybory mają być dobrej jakości.
Słuchałam tego i czułam złość, bo to my, dorośli, pozwalamy na ten wyścig szczurów. Kupujemy dzieciom smartfony za tysiące złotych i drogie plecaki, a potem narzekamy na forach, że wrzesień rujnuje nasze portfele. Ja w to nie wchodzę. Mój syn musi zrozumieć, że pieniądze zarabia się ciężko, a wartość człowieka mierzy się tym, co ma w głowie, a nie marką kredek.
Wydatki na szkołę przed wrześniem. Tańsza wyprawka to wstyd?
A może powinnam odpuścić, jechać z powrotem do księgarni i dokupić te droższe rzeczy dla świętego spokoju, żeby Igor nie czuł się gorszy od pierwszych dni szkoły? Z drugiej strony doskonale wiem, że jeśli teraz ustąpię, bo on płacze w sklepie, to za rok zażąda najnowszego telefonu, a za pięć lat markowych ubrań, bo inaczej nie wyjdzie do rówieśników.
Chciałam zapytać inne mamy: jak to wygląda u Was? Czy też ulegacie zachciankom dzieci i kupujecie wszystko z górnej półki, czy potraficie przynieść do klasy tańsze rzeczy z dyskontu?
Pozdrawiam,
Weronika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl