Współczesne matki nie umieją stawiać granic. Scena z kawiarni to dowód, że łagodne rodzicielstwo nie działa
Rodzice przez lata słyszeli, że powinni więcej słuchać dzieci i mniej karać. Dziś coraz częściej pojawia się pytanie, czy nie poszliśmy o krok za daleko.

Rodzice z takim entuzjazmem odchodzili od surowego wychowania i odkrywali rodzicielstwo bliskości czy łagodne rodzicielstwo, że niektórzy całkowicie zapomnieli o stawianiu dzieciom granic. Krótka rolka amerykańskiej komiczki Olivii E. Herman wywołała dyskusję, która w kilka dni zgromadziła tysiące komentarzy.
„Nie chcę oceniać, bo sama nie mam dzieci, ale...”
Amerykańska komiczka i instagramerka Olivia E. Herman opublikowała krótkie nagranie, które błyskawicznie stało się viralem. W ciągu kilku dni rolkę obejrzano ponad 2 miliony razy.
Już na początku instagramerka zaznaczyła, że sama nie jest mamą i nie chce pouczać rodziców. Zadała jednak pytanie, które – sądząc po liczbie komentarzy – chodzi po głowie wielu osobom: „Nie chcę oceniać, bo sama nie mam dzieci, ale do wszystkich rodziców... Nie sądzimy przypadkiem, że łagodne rodzicielstwo... nie działa?”.
Później opowiedziała o sytuacji, której była świadkiem w kawiarni: „Byłam w kawiarni i zobaczyłam, jak w kąciku zabaw dla dzieci jedno z dzieci policzkuje inne dziecko”.
Jak relacjonuje, matka chłopca podeszła do syna i powiedziała jedynie: „Przecież tak nie robimy, prawda?”. Komiczka żartobliwie podsumowała tę scenę: „Któregoś dnia on trafi do więzienia”.
Herman podkreśla, że nie marzy o powrocie metod wychowawczych z lat 90., które wielu dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków wspomina jako pełne krzyku, kar i zawstydzania. Jej zdaniem problem polega na czymś innym.
Coraz częściej odnosimy wrażenie, że wahadło wychowania wychyliło się w drugą stronę. Między autorytarnym rodzicielstwem a wychowaniem, w którym dziecko decyduje niemal o wszystkim, powinno przecież istnieć miejsce na spokojne, ale konsekwentne stawianie granic.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Wszystko wydaje im się negocjacją”
Pod rolką pojawiło się blisko cztery tysiące komentarzy. Wielu internautów przyznało, że obserwuje podobne zjawisko.
Jedna z internautek napisała: „A potem takie dzieci trafiają do szkoły. Jest jedna nauczycielka i trzydzieścioro uczniów, a one myślą, że wszystko podlega negocjacjom i oczekują, że każda odpowiedź będzie poprzedzona długim wyjaśnieniem. To naprawdę wyczerpujące”.
Inna osoba stwierdziła: „Łagodne rodzicielstwo jest dla rodziców, którzy nie mają kręgosłupa moralnego i silnej woli. Bardziej zależy im na tym, żeby być przyjacielem dziecka niż jego rodzicem”.
Ktoś inny dodał krótko: „Potrzebna jest dyscyplina”.
Łagodne czy permisywne? To nie to samo
Dyskusja szybko zeszła jednak na coś znacznie ważniejszego niż sama historia z kawiarni. Wiele osób zwróciło uwagę, że w internecie regularnie myli się dwa zupełnie różne style wychowania: łagodne rodzicielstwo i rodzicielstwo permisywne, czyli nadmiernie pobłażliwe.
Jeden z najczęściej polubionych komentarzy brzmiał:
„Łagodne rodzicielstwo polega na stawianiu jasnych granic i określaniu wyraźnych oczekiwań wobec dziecka, ale bez zawstydzania i przemocy. To, co zobaczyłaś, było rodzicielstwem permisywnym”. Nie wszyscy się z tym zgodzili:
„Wszyscy, którzy twierdzą, że łagodne rodzicielstwo różni się od permisywnego... nadal mogą sobie o tym marzyć”.
To pokazuje, jak bardzo samo pojęcie „gentle parenting” zaczęło żyć własnym życiem. Dla jednych oznacza spokojne, pełne szacunku wychowanie. Dla innych – brak konsekwencji i niekończące się negocjacje z kilkuletnim dzieckiem.
Dzieci nie potrzebują etykiet. Potrzebują granic
Być może najciekawsze w całej tej dyskusji jest to, że coraz rzadziej spieramy się o same metody, a coraz częściej o ich interpretację.
Psychologowie od lat podkreślają, że łagodne rodzicielstwo w swojej pierwotnej formie wcale nie oznacza pozwalania dziecku na wszystko. Wręcz przeciwnie – zakłada empatię, ale jednocześnie jasne zasady i konsekwencję.
Problem pojawia się wtedy, gdy empatia zostaje pomylona z uległością, a stawianie granic zaczyna być postrzegane jako coś niewłaściwego.
Dlatego być może prawda nie leży ani w surowym wychowaniu znanym wielu rodzicom z dzieciństwa, ani w całkowitym unikaniu konfliktów. Bo niezależnie od tego, czy nazwiemy to łagodnym rodzicielstwem, rodzicielstwem bliskości czy jeszcze inaczej, dzieci wciąż potrzebują tego samego – dorosłego, który potrafi jednocześnie okazać zrozumienie i powiedzieć „nie”, kiedy sytuacja tego wymaga.
Zobacz także: Rodzice zmęczeni łagodnym rodzicielstwem i wiecznymi negocjacjami z dzieckiem. Co zamiast gentle parenting?