Reklama

Dzień dobry, postanowiłam podzielić się moją historią, bo wiem, że tysiące młodych matek w Polsce przeżywają dokładnie to samo piekło podczas każdej niedzielnej wizyty u babci. Moja teściowa, Danuta, to typ kobiety, która pozjadała wszystkie rozumy, a fakt, że trzydzieści lat temu wychowała mojego męża, daje jej w jej własnych oczach status profesora nauk wychowawczych.

Od kiedy na świat przyszły nasze dzieci − obecnie 5-letnia Julka i 3-letni Tymek − każdy wspólny posiłek u teściów wygląda tak samo: Danuta staje nad talerzami moich dzieci jak żandarm i kontroluje każdy kęs, komentując to w sposób, od którego dostaję gęsiej skórki. Najgorsza jest jednak jej absolutna fiksacja na punkcie jedzenia mięsa, które w jej mniemaniu jest jedynym gwarantem tego, że dzieci nie dostaną anemii i urosną zdrowe.

Dlaczego kultowe hasło o mięsku niszczy relację dziecka z jedzeniem?

W ostatnią niedzielę ugotowała tradycyjny obiad: schabowe, ziemniaki z koperkiem i zasmażaną kapustę, a moje dzieci, zmęczone po zabawie w ogrodzie, zjadły pięknie po kilka kęsów wszystkiego, po czym Tymek odłożył widelec. W tym momencie nad jego głową wyrosła postać babci, która z dramatycznym głosem rzuciła legendarne, polskie hasło: „No jak to, Tymuś? Zjedz chociaż mięsko, a ziemniaczki zostaw!”.

Poczułam, jak momentalnie skacze mi ciśnienie, bo od lat tłumaczę tej kobiecie, że nie wolno zmuszać dzieci do wpychania w siebie jedzenia na siłę, gdy mówią, że są już najedzone. Moje dzieci mają zdrową relację z jedzeniem, potrafią słuchać sygnałów płynących z własnego ciała i doskonale wiedzą, kiedy ich brzuszki są pełne. Wmuszanie w nie tłustego, smażonego kotleta tylko dlatego, że „szkoda, żeby się zmarnowało”, to prosta droga do otyłości i zaburzeń odżywiania, na co jako matka nigdy się nie zgodzę.

Danuta jednak kompletnie ignorowała moje wcześniejsze prośby, uważając, że współczesne metody żywienia to wymysł z internetu, a dziecko ma wstać od stołu dopiero wtedy, gdy talerz lśni czystością.

„Zjedz mięsko, ziemniaczki zostaw”. Przestarzałe nawyki żywieniowe babć szkodzą wnukom

Kiedy Tymek zaczął się krzywić i cicho popłakiwać, bo babcia próbowała mu wręcz na siłę włożyć kawałek schabowego do buzi, we mnie coś po prostu pękło. Wstałam od stołu, delikatnie odsunęłam rękę teściowej od mojego synka i powiedziałam prosto w oczy, przy całej rodzinie, słowa, które zbierały się we mnie od dobrych kilku lat. Powiedziałam jej bardzo dosadnie: „Mamo, proszę natychmiast przestać tuczyć moje dzieci, bo czasy, kiedy mięso było luksusem na kartki i trzeba było je zjadać do końca, dawno minęły”.

Dodałam też, że jeśli jeszcze raz usłyszę w moim obecności ten durny tekst o zostawianiu ziemniaków kosztem mięsa, to obiad u teściów będzie naszym ostatnim wspólnym posiłkiem na bardzo długi czas.

W salonie zapadła grobowa cisza, mój mąż schował nos w talerz, a teściowa zrobiła się czerwona jak burak z oburzenia, że ktoś śmiał podważyć jej autorytet. Zaczęła fukać, że jest pozbawiana swojej roli, że chce tylko dobrze dla wnuków, a ja jestem niewdzięczna i histeryzuję z powodu jednego niewinnego zdania.

Gdzie leży granica między troską babci a wtrącaniem się w wychowanie?

Nie uważam, żebym przesadziła, bo to nie była jednorazowa sytuacja, ale wierzchołek góry lodowej ciągłego, toksycznego wtrącania się w moje macierzyństwo i podważania moich decyzji przy dzieciach. Starsze pokolenie musi wreszcie zrozumieć, że czasy się zmieniły, wiedza medyczna poszła do przodu i dzisiaj wiemy, że nadmiar czerwonego czy smażonego mięsa wcale nie jest podstawą zdrowej diety malucha.

Babcie mają prawo kochać i rozpieszczać wnuki, ale nie mają żadnego prawa tłamsić ich przy stole i niszczyć pracę, jaką my, młode matki, wkładamy w budowanie u dzieci zdrowych nawyków.

Po tej awanturze teściowa obraziła się, demonstracyjnie poszła do kuchni i nie pożegnała się z nami, gdy wychodziliśmy do domu. Mimo to czuję ogromną ulgę, bo w końcu postawiłam twardą granicę i pokazałam, że to ja jestem matką, która decyduje o zdrowiu swoich dzieci. Piszę ten list, aby dodać otuchy innym dziewczynom: nie bójcie się odezwać i walczyć o swoje, bo spokój i dobro Waszych dzieci są warte każdej rodzinnej burzy.

Ewelina


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Synowa wstydu mi narobiła na komunii. Przyszła ubrana jak na dyskotekę, a z dzieci zrobiła pośmiewisko”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...