Reklama

Ostatnio na jednej z popularnych facebookowych grup „Mamy mamom” wybuchła niezwykle burzliwa dyskusja wokół metod radzenia sobie z niesfornymi maluchami przez kadrę pedagogiczną. Wszystko zaczęło się od pełnego bezsilności wpisu mamy, której synek zaczął bać się porannego wyjścia z domu z powodu słów, jakie usłyszał od swojej wychowawczyni.

Okazało się, że pani w przedszkolu nastraszyła 4-latki, bo się nie słuchały, zapowiadając zbiorową karę. Ku wielkiemu zaskoczeniu autorki postu inne matki stwierdziły, że to naturalne konsekwencje złego zachowania. Ta historia idealnie obnaża głęboki podział, jaki panuje we współczesnym podejściu do karania najmłodszych, gdzie granica między mądrym stawianiem barier a emocjonalnym zastraszaniem bywa niesamowicie płynna.

Te internetowe starcia pokazują bolesną prawdę o tym, jak bardzo jako dorośli boimy się buntu dorastającego pokolenia, przez co często zgadzamy się na rozwiązania, które uderzają prosto w dziecięce poczucie bezpieczeństwa.

Strach przed salą przedszkolną. Groźby nauczycielek niszczą spokój dzieci

Wyczerpana i zmartwiona mama czterolatka postanowiła anonimowo zapytać inne kobiety o to, czy zachowanie nauczycielki w jej placówce mieści się w ogólnie przyjętych normach wychowawczych. Autorka wpisu opisała sytuację, która regularnie powtarza się podczas zajęć i sprawia, że jej syn budzi się rano z płaczem, nie chcąc przekroczyć progu przedszkolnej sali. Kobieta napisała na forum z wyraźnym żalem: „Czy to jest normalne, że w grupie 4-latków w przedszkolu pani mówi dzieciom, że się nie słuchają i za karę nie będą jutro się bawić, syn później ma problem, żeby iść do przedszkola przez takie straszenie”.

W dalszej części postu młoda mama przyznaje, że to nie jest odosobniony incydent, bo z relacji malucha wynika, iż krzyki i szantaż emocjonalny to stały element przedszkolnej codzienności. Autorka wyznaje wprost: „Ręce mi już opadają, bo to kolejna sytuacja, gdzie syn mi mówi, że pani krzyczy na kogoś, stosując tego typu groźby, ja rozumiem dyscyplinę, że te dzieci trzeba okiełznać, ale mam mieszane uczucia do takiego podejścia w grupie małych dzieci”.

Zamiast jednak spodziewanego wsparcia i empatii, kobieta zderzyła się z falą krytyki ze strony innych użytkowniczek, dla których rygorystyczny ton przedszkolanki to jedyny słuszny sposób na przetrwanie z grupą maluchów.

Internetowy lincz na mamie. Dlaczego współcześni rodzice tęsknią za twardą ręką?

Zdecydowana większość internautek natychmiast stanęła po stronie nauczycielki, zarzucając autorce wpisu nadmierne rozczulanie się nad dzieckiem i hodowanie życiowej fajtłapy, która w przyszłości nie poradzi sobie z żadnym autorytetem. Jedna z internautek zaatakowała młodą mamę w bardzo ostrym, ironicznym tonie: „Ty dzieciakowi w domu wyjaśnij, że ma wykonywać polecenia nauczyciela, a nie jeszcze pretensje mieć do kobiety, że zagroziła brakiem zabawy. Jak w szkole jedynkę dostanie, to zapewne polecisz do dyrektora, że jakim prawem Brajanek czy inny Antosiek dostał pałę i najlepiej zwolnić nauczycielkę, bo jest niekompetentna”.

Wiele kobiet uważa, że grożenie czterolatkom odebraniem prawa do zabawy to nie żadna przemoc emocjonalna, ale naturalna konsekwencja złego zachowania, bez której praca w dużej grupie byłaby po prostu niemożliwa. W komentarzach czytamy: „Groźby? Normalne konsekwencje. Jak chciałabyś pracować z 20 dzieci i nie oszaleć? U syna w przedszkolu dają czerwone kropki, jak się uzbiera 5, to za karę jest karne krzesełko, uważam, że dobra metoda, w jakiś sposób trzeba sobie radzić”.

Kolejna mama dodała długi wywód o dorosłym życiu, starając się usprawiedliwić przedszkolny rygor: „I bardzo dobrze, złe zachowanie to konsekwencje, dzieci muszą wiedzieć, kiedy czas na luz i wygłupy, a kiedy stop, granica i odpowiedzialność, w dorosłym życiu jest tak samo, jak olejesz robotę, to zgadnij, co się stanie, jak źle zaparkujesz − zgadnij, co się stanie, jak bezstresowo wychowasz swoje dziecko na zasadzie 'nic mu nie wolno powiedzieć, zabronić, on może robić co chce' − na starość będziesz płakać i narzekać na to, na co pozwoliłaś”.

Gdzie kończy się mądra dyscyplina, a zaczyna tresura, i jak budować autorytet bez siania strachu?

Wypowiedzi o potrzebie barier zdominowały całą facebookową dyskusję, a kolejne wpisy tylko podkręcały niechęć do autorki posta. Jedna z mam podsumowała temat bardzo kategorycznie: „Granice, ludzie, to są granice, zacznijcie czegoś wymagać od dzieci, bo bieda będzie, jak będą miały 14 lat. Dziecko bez granic nie funkcjonuje albo może raczej funkcjonuje i ustawia świat pod siebie, no chyba nie o to chodzi w wychowaniu”. Czy jednak stawianie barier czterolatkowi naprawdę musi opierać się na wzbudzaniu w nim lęku przed pójściem do przedszkola i grożeniu mu izolacją od rówieśników?

Współczesna psychologia dziecięca mówi bardzo wyraźnie, że straszenie i szantażowanie malucha karami, które mają nastąpić dopiero kolejnego dnia, zupełnie nie działa na jego układ nerwowy w sposób edukacyjny − dziecko w tym wieku nie łączy odległej w czasie kary ze swoim obecnym, impulsywnym zachowaniem w sali. Jedyne, co taki maluch koduje w swojej małej głowie, to paraliżujący lęk przed panią wychowawczynią, która zamiast być gwarantem bezpieczeństwa, staje się źródłem zagrożenia.

Autorytet nauczyciela powinien opierać się na szacunku, jasnych, czytelnych komunikatach tu i teraz oraz mądrym wspieraniu emocjonalnym, a nie na tresurze i narzucaniu zbiorowej odpowiedzialności.

Mądre wymagania i dyscyplina są w przedszkolu bardzo ważne, ale nigdy nie powinny być budowane kosztem psychicznego zdrowia i uśmiechu czterolatka.

Zobacz też: Pielucha w przedszkolu to wstyd? „Usłyszałam, że mam niewychowane dziecko”. Wymagania nauczycielek przekroczyły granice

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...