„Przedszkolanka nie miała prawa zabierać mojej córce telefonu. Pożałuje, z kim zadarła”
Tak, moja 5-letnia córka ma już własnego smartfona. Nie po to, żeby siedzieć w internecie, ale dla bezpieczeństwa. To, co wydarzyło się w przedszkolu, przekroczyło wszelkie granice.

Jestem mamą 5-latki i tak – daję jej telefon do przedszkola. Nie zamierzam się z tego jakoś tłumaczyć, bo robię to świadomie. W dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Może ktoś powie, że przesadzam, ale ja po prostu wolę dmuchać na zimne. Inni rodzice ślepo ufają przedszkolankom – ja wolę mieć kontakt z własnym dzieckiem, żeby potem pluć sobie w brodę.
Z córką miałyśmy jasną umowę: telefon zostaje w plecaczku, w szatni, i „udajemy, że go nie ma”. Wiem, że w regulaminie przedszkola jest zakaz przynoszenia różnych rzeczy i że dzieci mogą mieć zabawki tylko w piątki. Ale umówmy się – to dotyczy pluszaków czy lalek, a nie kwestii bezpieczeństwa.
Najwyraźniej jednak coś poszło nie tak. Może córka zapomniała, może chciała pokazać koleżance jakąś grę. Nie wiem – tego dnia zaprowadzał ją mąż, ja ją odbierałam. Dlatego dowiedziałam się o tym wszystkim.
Zabrała telefon jakby to była jej własność
Kiedy poszłam odebrać Zosię, pani wzięła mnie na bok i oznajmiła, że złamałam regulamin, a ona była zmuszona skonfiskować telefon. Słucham i nie wierzę. Skonfiskować? Czy my żyjemy w jakiejś instytucji zamkniętej?
Według mnie to jest absolutne przekroczenie kompetencji. Nauczycielka nie miała żadnego prawa zabierać mojemu dziecku jego własności. To nie był niebezpieczny przedmiot, tylko telefon należący do naszej rodziny. Dla mnie to jest po prostu forma przywłaszczenia.
Owszem, oddała mi ten telefon, ale to nie zmienia faktu, że wcześniej go zabrała. Bez mojej zgody, bez uprzedzenia, bez żadnej próby rozwiązania sytuacji inaczej.
To ja powinnam zgłosić tę sprawę
Najbardziej oburza mnie to, że pani uznała, że ma rację i jeszcze zgłosiła sprawę do dyrektorki. Przepraszam bardzo, ale to ja powinnam iść do dyrekcji i zapytać, na jakiej podstawie nauczycielka zarządza własnością mojego dziecka.
Rozumiem zasady, rozumiem regulaminy – ale one nie mogą być ważniejsze niż zdrowy rozsądek i prawa rodzica. Telefon nie był używany podczas zajęć (a przynajmniej nie powinien być), nikomu nie zagrażał. A jednak potraktowano nas, jakbyśmy złamały jakieś poważne prawo.
Nie zamierzam tego tak zostawić. Bo dziś chodzi o telefon, a jutro co? Ktoś uzna, że może decydować o czymś jeszcze ważniejszym?
Komentarz redakcji
Rozumiemy emocje mamy, ale warto spojrzeć na tę sytuację szerzej. Przedszkola wprowadzają zasady nie bez powodu – mają one zapewnić bezpieczeństwo i równe warunki dla wszystkich dzieci. Telefon w rękach 5-latka to nie tylko kwestia „własności”, ale też odpowiedzialności i potencjalnych zagrożeń.
Nauczycielka zareagowała zgodnie z regulaminem placówki, który rodzice akceptują przy zapisie dziecka. Trudno mówić o „kradzieży”, skoro urządzenie zostało zabezpieczone i oddane opiekunowi.
Pytanie, które warto tu postawić, brzmi inaczej: czy tak małe dzieci w ogóle powinny mieć przy sobie telefon – nawet „na wszelki wypadek”?
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Odebrała dziecko i załamała ręce. „To się w głowie nie mieści. Przedszkolanki nie znają granic”