Reklama

Byłam na dziale z owocami i warzywami, kiedy moją uwagę zwróciła młoda kobieta z kilkuletnim synkiem. Chłopiec mógł mieć trzy, może cztery lata. Był wyraźnie zmęczony i marudny.

Mama podeszła do skrzynek z winogronami, oderwała kilka owoców z kiści, dmuchnęła na nie, przetarła je o własną bluzkę i zaczęła podawać synowi prosto do buzi. Nie wyglądało to na jednorazowy odruch. Robiła to zupełnie swobodnie, jakby była u siebie w domu.

Po chwili obok pojawiła się pracownica sklepu. Bardzo spokojnie zwróciła kobiecie uwagę, że produkty należy najpierw zważyć i opłacić, a dopiero później jeść. Poprosiła też, żeby więcej nie częstowała dziecka owocami, za które jeszcze nikt nie zapłacił.

Spodziewałam się krótkiego „przepraszam”.

Zamiast tego wywiązała się dyskusja.

– Mój syn jest głodny. Dopiero wracamy z przedszkola – odpowiedziała matka.

Pracownica cierpliwie odparła, że to nie ma znaczenia i że za winogrona trzeba po prostu zapłacić.

– Przecież od dwóch winogron sklep nie zbiednieje. Powinna pani zrozumieć drugą kobietę – usłyszałam po chwili.

To nie chodziło o wartość tych kilku owoców

Patrzyłam na tę scenę i zastanawiałam się, dlaczego tak często próbujemy usprawiedliwiać zachowania dzieci... własnym rodzicielstwem.

Rozumiem, że małe dziecko jest głodne tu i teraz. Rozumiem zmęczenie po całym dniu pracy i przedszkolu. Sama pewnie niejednokrotnie widziałam rodziców, którzy w pośpiechu otwierali dziecku butelkę wody albo paczkę chrupek jeszcze przed kasą, a później normalnie za wszystko płacili.

W tej sytuacji było inaczej. Kobieta nie powiedziała: „Przepraszam, już ważę i płacę”.

Próbowała przekonać pracownicę, że zasady jej nie dotyczą. Jakby fakt, że wychowuje małe dziecko, automatycznie dawał jej prawo do zrobienia wyjątku. Tylko dlaczego?

Coraz częściej oczekujemy od innych specjalnego traktowania

Mam wrażenie, że podobnych sytuacji jest coraz więcej. Rodzic chce wejść bez kolejki, bo jest z dzieckiem. Chce, żeby wszyscy wyrozumiale podchodzili do zachowania jego pociechy. Chce, żeby przymknąć oko na drobiazgi, bo „to przecież tylko dziecko”.

Problem w tym, że bardzo łatwo przekroczyć cienką granicę między empatią a poczuciem, że „nam się należy”.

Przecież pracownica sklepu nie zwróciła uwagi dlatego, że nie lubi dzieci. Po prostu wykonywała swoją pracę. Gdyby pozwoliła jednej osobie zjeść kilka winogron przed zapłatą, dlaczego miałaby odmówić następnej? Nie chodzi o wartość tych dwóch czy pięciu owoców. Chodzi o zasadę.

Dzieci uczą się przez obserwację

Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację. Jeśli widzą, że mama bierze coś z półki, zjada to i jeszcze kłóci się z osobą, która zwraca jej uwagę, dostają bardzo prosty komunikat: zasady obowiązują innych, ale niekoniecznie nas.

Być może ta kobieta naprawdę miała za sobą trudny dzień. Być może jej syn od rana nic nie jadł i po prostu nie mógł już wytrzymać. Tego nie wiem i nie chcę oceniać.

Wiem natomiast jedno. Gdyby po zwróceniu uwagi uśmiechnęła się i powiedziała: „Ma pani rację, przepraszam, już ważę i płacę”, cała sytuacja skończyłaby się po kilkunastu sekundach.

Bycie rodzicem nie powinno zwalniać z przestrzegania zasad, które obowiązują wszystkich innych.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Wycie i rzucanie rowerkiem na środku Lidla. Kasjerka nie wytrzymała: „Takich rodziców i dzieci nie powinni wpuszczać do sklepu”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...