„Nie zdarzyło mi się podejść do rodzica i spytać, czy mogę pogłaskać dziecko”. Trenerka psów wkłada kij w mrowisko
Cieszy mnie, że tak jak w końcu zauważa się podmiotowość dziecka, tak i o psach mówi się z coraz większą czułością. I dziecko, i pies, to istoty żywe, które potrzebują granic, które zapewnią im bezpieczeństwo. Niestety wciąż nie wszyscy to rozumieją.

W dzisiejszych czasach wielu rodziców uczy dzieci, że przed pogłaskaniem obcego psa trzeba zapytać o zgodę. Okazuje się jednak, że samo pytanie to za mało – równie ważne jest przyjęcie odpowiedzi „nie”. Właśnie o tym przypomniał wpis trenerki psów Agnieszka Kostrzewy, który wywołał gorącą dyskusję w sieci.
Krótkie „nie”, które budzi złość
Na platformie Threads głos zabrała Agnieszka Kostrzewa, certyfikowana trenerka psów, od lat pracująca ze zwierzętami lękliwymi i z problemami agresji. Opisała sytuacje, z którymi spotyka się regularnie podczas spacerów.
„To niesamowite, jaką agresją reagują rodzice z dziećmi, gdy na pytanie >>czy można pogłaskać pieska<< odpowiedź to >>nie<<” – pisze Kostrzewa. Trenerka zauważa, że odmowa bywa odbierana jak osobista zniewaga, a nie zwykłe zadbanie o bezpieczeństwo obu stron, zarówno psa, JAK I dziecka.
„Nigdy nie chciałam pogłaskać cudzego dziecka”
Największe emocje wzbudziło jednak porównanie, którego użyła autorka wpisu: „Dziwne, ale nigdy nie zdarzyło mi się podejść do rodzica na ulicy i spytać, czy mogę pogłaskać jego dziecko albo wziąć na ręce”.
Choć zestawienie psa z dzieckiem może wydawać się prowokacyjne, jego sens jest prosty: zarówno zwierzę, jak i człowiek mają prawo do własnych granic, a opiekun ma prawo ich strzec.
Kostrzewa przyznaje, że tylko sporadycznie rodzice pytają o powód odmowy i dają jej przestrzeń na wyjaśnienie sytuacji. Tymczasem przyczyn może być wiele – pies może być lękliwy, w trakcie szkolenia, chory albo po prostu nie mieć ochoty na kontakt.
Cały post możesz przeczytać pod tym linkiem.
Lekcja ważniejsza niż głaskanie
Ta pozornie błaha sytuacja jest tak naprawdę cenną lekcją wychowawczą. Dziecko, które słyszy spokojne „nie” i widzi, że rodzic je respektuje, uczy się czegoś znacznie ważniejszego niż zasad kontaktu ze zwierzętami. Uczy się, że cudze granice istnieją i że odmowa nie jest powodem do obrażania się czy wywierania presji.
Część komentujących zwraca uwagę, że wszędobylskie dziecko z wyciągniętymi łapkami (tak, wiem, że dzieci mają ręce, nie łapy ;)) nie jest winne. Winny jest rodzic, który powinien respektować przestrzeń psa i granice wyznaczone przez jego opiekuna. Dobrze jednak wiemy, że gdyby pies ugryzł dziecko, albo chociaż spróbował, rodzic od razu szukałby winy w samym psie (pewnie ma wściekliznę), opiekunie (nie założył kagańca), a nawet retrogradacji Merkurego. Tylko nie w sobie. A wystarczyło uszanować jedno krótkie „nie”.
Zobacz także: „Na wesele zaprosili mojego mopsa, a dzieci siostry musiały zostać z nianią. Popieram ten trend”