Niecodzienna scena w gdańskiej restauracji. „Ludzie odwracali głowy na widok tej matki z 10-latkiem”
Z jednej strony głupio tak się przyglądać, z drugiej naprawdę trudno odwrócić wzrok. Chyba wielu klientów restauracji, włącznie ze mną, było zaskoczonych zachowaniem tej matki. Przekroczyła granicę?

Lipcowe popołudnie, tłumy turystów walczą o miejsca w knajpach w okolicach ulic Długiej, Mariackiej i Długiego Targu. Udało mi się dorwać stolik w jednej z mniej turystycznych smażalni, o ile taka w ogóle istnieje w tej okolicy. Dziś nawet nie pamiętam, czy jedzenie było dobre i czy po posiłku czekał na mnie paragon grozy, ale wiem, że scena rozgrywająca się przy stoliku obok zostanie ze mną na długo.
To nie była awantura. Nikt nie krzyczał, nie rzucał talerzami, nie przeszkadzał innym gościom. A jednak zauważyłam, że ludzie przy sąsiednich stolikach też się przyglądają. Wszyscy patrzyli w tym samym kierunku, choć żeby nie zawstydzać tej biednej matki, odwracali głowy. Zaczęłam się zastanawiać, czy czasem – w imię troski o dzieci – nie zaczęliśmy odbierać im czegoś bardzo ważnego.
Wychowujemy pokolenie, które nie poradzi sobie w życiu
Przy stoliku obok siedziała trzyosobowa rodzina – mama, tata i chłopiec, na oko około dziesięcioletni. Od początku siedział z nosem w telefonie. Grał. Nie rozmawiał z rodzicami, nie rozglądał się, właściwie można było odnieść wrażenie, że nie zauważa nawet, gdzie jest.
Musieli zamówić niedługo przed moim przyjściem. Kiedy kelner przyniósł im jedzenie, mama bez słowa wzięła nóż i zaczęła kroić synowi nuggetsy na małe kawałki. Potem nabijała na widelec kawałek nuggetsa i frytkę, obficie oblewała wszystko ketchupem i podsuwała synowi do ust. Chłopiec nawet nie odłożył telefonu. Automatycznie otwierał buzię, przeżuwał i wracał do gry.
Najpierw sama siebie w myślach zrugałam, że nie powinnam oceniać tych ludzi, tej matki. Przecież są dzieci z różnymi trudnościami, których nie da się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Są sytuacje zdrowotne, rozwojowe czy sensoryczne, o których przypadkowy obserwator nie ma pojęcia. Być może ten chłopiec potrzebował wsparcia?
Kilka chwil później usłyszałam jednak krótką wymianę zdań między rodzicami, która poszerzyła kontekst. Mąż spojrzał na żonę z wyraźnym zniecierpliwieniem i powiedział półgłosem:
– Naprawdę? Znowu go karmisz? Ludzie się gapią.
Nie był zaskoczony. Nie pytał, dlaczego to robi. Brzmiał raczej jak ktoś, kto widział tę scenę dziesiątki razy i miał zwyczajnie dość. Sama nie wiem, czy spojrzeń ludzi, czy samej sytuacji. To jedno słowo – „znowu” – powiedziało więcej niż cała reszta.
Świat nie będzie nabijał frytek na widelec
Coraz częściej mam wrażenie, że chcemy usuwać dzieciom z drogi nawet najmniejsze przeszkody. Zapinamy za nie kurtki, choć dawno potrafią zrobić to same. Nosimy plecaki. Zamiast pomagać w lekcjach czy pracach na szkolne konkursy, rozwiązujemy zadania i rysujemy za dzieci. Rozwiązujemy konflikty z kolegami, zanim zdążą spróbować zrobić to samodzielnie. A czasem – jak tamtego dnia w restauracji – karmimy dziecko, które spokojnie mogłoby zjeść obiad własnymi rękami.
Po co? Żeby było szybciej? Żeby dziecko się nie denerwowało? Żeby nie było awantury, bo trzeba odłożyć na chwilę telefon? A może dlatego, że przekroczyliśmy już granicę.
Mam wrażenie, że coraz więcej rodziców za wszelką cenę chce zapewnić dziecku nie tyle szczęście, ile... nieustanny komfort. Taki, w którym nic nie wymaga wysiłku, cierpliwości ani odrobiny samodzielności. Tylko czy właśnie tego potrzebują dzieci?
Nie lubię określenia „roszczeniowe dzieci”, bo ono sugeruje, że problem tkwi w najmłodszych, a przecież żadne dziecko nie rodzi się z przekonaniem, że wszystko mu się należy. To przekonanie buduje się powoli. Czasem zupełnie nieświadomie. To przekonanie budują w dziecku rodzice i opiekunowie.
Oczywiście nie znam historii tej konkretnej rodziny. Być może był powód, którego jako postronna obserwatorka nie mogłam dostrzec. Ta scenka dała mi jednak do myślenia.
Patrząc na tamtą rodzinę, nie pomyślałam, że widzę rozpieszczonego chłopca. Pomyślałam raczej o dorosłych, którzy – być może z najlepszych intencji – krok po kroku odbierają dziecku szansę na samodzielność. A to chyba jedna z tych rzeczy, których nie da się nadrobić jednym gestem. Nawet jeśli jest nim frytka nabita na widelec.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także:
- „Współczesne dzieci to społeczne niedojdy”. Scena z 10-latkiem na deptaku ujawnia smutną prawdę o pokoleniu Alfa
- Krępujący widok za rodzinnym parawanem w Mielnie. „Trzeba nie mieć wstydu. Przecież tam były dzieci”
- Ta niemiecka zasada budzi kontrowersje wśród polskich rodziców. To dlatego dzieci są tak samodzielne