Reklama

Jako osoba, która w liceum farbowała włosy na wszystkie kolory tęczy, robiła potajemnie kolczyki (nie tylko sobie) i miała już pierwszy tatuaż, rozumiem potrzebę wyrażania się poprzez wygląd.

Rozumiem włożenie fikuśnej marynarki (sama na egzamin maturalny poszłam w żakiecie w kropki) czy rezygnację z lakierków na rzecz butów sportowych (pozdrawiam wszystkich, którzy całe lata nastoletnie przechodzili w glanach, niezależnie od pogody czy okoliczności).

Ubranie na maturę czy inny egzamin nie musi być staromodne, nudne. Może oddawać naszą osobowość, a przynajmniej jakąś jej część. Powinno jednak być czyste, schludne, a jeśli nie skromne, to chociaż... skromnawe.

Bo choć jestem wyrozumiała, gdy patrzę na tegorocznych maturzystów – odkryte brzuchy, ultrakrótkie spódniczki, bluzy z kapturem, dziurawe dżinsy – mam wrażenie, że niektórzy rodzice nie mieli takiej cierpliwości do wypracowywania kompromisów, jaką miała moja mama.

Czy strój galowy na maturze to przeszłość?

Z ciekawości zapytałam znajome mamy nastolatków, co myślą o dzisiejszej modzie maturalnej.

Ada, mama maturzystki, najpierw tylko westchnęła.

– My toczyłyśmy o to prawdziwą batalię – przyznała. Jej córka chciała iść na maturę w krótkim białym topie i szerokich, choć czarnych spodniach. – Musiałyśmy iść na jakiś kompromis. Była marynarka, ale pod spodem już mniej klasycznie, pozwoliłam jej iść w zwykłym białym topie, takim dłuższym. Uznałam, że ważniejsze, żeby w ogóle zgodziła się na coś bardziej oficjalnego – dodaje.

Monika, mama drugoklasisty, żartuje, że cieszy się, że nie ma córki.

– Czasem się cieszę, że mam syna, bo przynajmniej odpada część tych dyskusji – śmieje się, ale zaraz poważnieje. – Dla mnie strój galowy to podstawa. Biała koszula, czarne spodnie albo czarna czy granatowa spódnica. To jest egzamin państwowy, okazanie szacunku. Takie są zasady. Naginanie ich, czyli odkryty pępek, bluza albo brudne sneakersy to po prostu brak kultury.

Z kolei Olka, mama maturzysty, patrzy na sprawę zupełnie inaczej.

– Pozwoliłam synowi iść w dżinsach na polski. I co z tego? – mówi. – Szata nie zdobi człowieka. Ważniejsze jest to, co ma w głowie, a mój syn to piątkowy uczeń, naprawdę zdolny. Jeśli jest przygotowany, to naprawdę nie interesuje mnie, czy ma spodnie w kant. Przynajmniej nie muszę ich prasować – żartuje.

Wybór ubrań to prawdziwy egzamin dojrzałości

Eksperci od savoir-vivre’u są w tej kwestii dość zgodni – nie chodzi o sztywne trzymanie się przestarzałych zasad, ale o wyczucie sytuacji. O umiejętność dostosowania stroju do okazji. Matura, niezależnie od czasów, wciąż jest wydarzeniem formalnym. A to oznacza, że pewne minimum elegancji po prostu wypada zachować.

W końcu strój na maturę to nie tylko zestaw ciuchów. Nie bez powodu mówi się o „egzaminie dojrzałości”. Te ubrania to symbol – wejścia w dorosłość, końca dzieciństwa.

Możemy powtórzyć po Oli: nie szata zdobi człowieka. A jednak: jak Cię widzą, tak Cię piszą. Ubranie zawsze coś komunikuje, w dodatku osadzone jest w kontekście społecznym. Odkryty pępek na egzaminie państwowym czy dziurawe buty nie są wyrazem indywidualizmu. Są raczej sygnałem: „Wolno mi wszystko”, co jest odczytywane jako brak szacunku.

Przykład idzie z góry

I tu dochodzimy do roli rodziców, która – moim zdaniem – w tej całej dyskusji jest kluczowa. Oczywiście, maturzyści są już niemal dorośli, niektórzy są pełnoletni. Podejmują własne decyzje, mają swoje zdanie, znają już swoje granice i ich pilnują. Jednak to rodzice przez lata pokazują, co jest stosowne, a co nie. Uczą – albo i nie – że są sytuacje, które wymagają od nas dostosowania się, przynajmniej częściowego.

Na maturze można mieć kolorowe włosy czy kolczyk w nosie. Ale niech te włosy będą czyste i uczesane, a kolczyk nie oślepia swoim blaskiem kolegów i koleżanek próbujących skupić się na zadaniu.

Savoir-vivre nie powinien być reliktem minionej epoki. To codzienne drobiazgi: czy zakładam czyste ubranie na ważne wydarzenie, czy potrafię dostosować się do okoliczności, czy rozumiem, że mój wygląd jest też komunikatem wobec innych.

Może więc problem nie leży wyłącznie w młodzieży, która „ma w nosie zasady”, ale też w dorosłych, którzy coraz częściej machają ręką i mówią: „Niech robią, co chcą”. Jeśli nie nauczymy dzieci zasad, nie możemy wymagać, by ich przestrzegały.

Zobacz także: Czy na maturę można wnieść wodę? Jeden błąd i skończy się unieważnieniem egzaminu

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...