„Oni są zmorą szkoły”. Barbara Nowacka wskazała, co wyprawiają toksyczni rodzice
Barbara Nowacka tłumaczy w TVP Info, dlaczego edukacja zdrowotna ma być obowiązkowa, ale udział dziecka w części zajęć pozostanie do decyzji rodziców. Minister mówi o „toksyczności” i twierdzi, że „niektórzy rodzice są zmorą szkoły”, bo wywołują awantury.

W poniedziałek wieczorem na antenie TVP Info ministra Barbara Nowacka wróciła do zapowiedzi wprowadzenia edukacji zdrowotnej i wyjaśniła, skąd decyzja o rozdzieleniu jej na część obowiązkową oraz nieobowiązkową. Wprost wskazała na zachowania części rodziców, które jej zdaniem potrafią podgrzać atmosferę w szkole i utrudnić spokojne prowadzenie zajęć.
MEN stawia na obowiązkową edukację zdrowotną, ale zostawia rodzicom decyzję o jednym fragmencie
Zgodnie z zapowiedzią resortu edukacji przedmiot ma wejść do szkół jako obowiązkowy od klasy IV szkoły podstawowej. W szkołach ponadpodstawowych edukacja zdrowotna ma być realizowana przez dwa lata.
MEN podkreśla, że zakres ma dotyczyć codziennych, praktycznych obszarów, które w szkolnej rzeczywistości często pojawiają się przy okazji rozmów wychowawczych, kryzysów rówieśniczych czy zwykłych problemów z koncentracją. Wśród zapowiadanych tematów są m.in. higiena, zdrowie psychiczne, odżywianie, aktywność fizyczna, profilaktyka uzależnień i pierwsza pomoc. To część, która ma być wspólna dla wszystkich uczniów.
Inaczej ma wyglądać komponent poświęcony dojrzewaniu. Zapowiedziano, że pozostanie nieobowiązkowy, a decyzję o udziale dziecka mają podejmować rodzice.
Słowa o rodzicach rozgrzały dyskusję: ministra mówi o toksyczności i szkolnych awanturach
W rozmowie na antenie TVP Info szefowa MEN tłumaczyła, że rozdzielenie przedmiotu nie wynika z chęci prowadzenia politycznego sporu, tylko z oceny ryzyka konfliktów w szkołach. Zwróciła uwagę, że nauczyciele mogliby mieć szczególnie trudne zadanie, gdyby całość była obowiązkowa i automatycznie obejmowała także bardziej kontrowersyjne tematy.
Nowacka oceniła, że część rodziców zachowuje się w sposób, który potrafi sparaliżować szkolną rozmowę o wrażliwych treściach. Mówiła o toksyczności i o sytuacjach, w których dochodzi do awantur. W jej ujęciu nawet pojedynczy, skonfliktowany rodzic może doprowadzić do napięć w społeczności szkolnej i zniszczyć relacje wokół samego przedmiotu.
„To nie chodzi o politykę. (...) Nauczyciele mieliby trudno, gdyby całość była obowiązkowa. Niektórzy rodzice są niestety zmorą szkoły, robią awantury. Zdarza się, że jeden toksyczny rodzic (...) może zniszczyć relacje wokół tego przedmiotu” – powiedziała ministra.
Jednocześnie podkreśliła, że liczy na rodziców, którzy podejdą do tej części programu w sposób odpowiedzialny i będą podejmować decyzje z myślą o dobru dziecka. Z perspektywy wielu rodzin to temat, który budzi emocje, bo dotyka wychowania, wartości i tego, jak rozmawia się w domu o dojrzewaniu. MEN proponuje więc rozwiązanie, w którym rodzic zachowuje realny wpływ na udział dziecka w konkretnym fragmencie zajęć.
Episkopat nie chce obowiązkowego przedmiotu i przypomina o prawach rodziców
Na zapowiedzi MEN zareagowała także Komisja Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski. W oświadczeniu wskazano, że w obecnym kształcie edukacja zdrowotna nie powinna być przedmiotem obowiązkowym.
Biskupi podkreślili, że ich zastrzeżenia nie dotyczą wyłącznie wątku spornych treści. Według stanowiska komisji, również w pozostałych działach mają pojawiać się tematy, które w ich ocenie nie respektują należycie wartości małżeństwa i rodziny. Episkopat przypomniał też o art. 48 Konstytucji RP, wskazując na pierwotne i niezbywalne prawo rodziców do wychowania dzieci. Wprowadzenie obowiązkowego przedmiotu oceniono jako poważne ograniczenie tej zasady.
Dla rodziców oznacza to, że spór nie dotyczy tylko jednego fragmentu programu, ale samej konstrukcji nowego przedmiotu i tego, jak szeroko państwo wyznacza ramy szkolnej edukacji w obszarach wrażliwych. W najbliższym czasie to właśnie ten punkt może najmocniej wpływać na temperaturę debaty wokół edukacji zdrowotnej i na to, jak szkoły przygotują się do jej wdrożenia.
Źródło: Rzeczpospolita
Zobacz też: „Matematyczka siedzi w domu, zamiast pracować. Przez jej wygodę mój Bartuś ma braki”