„Po 19 dzieci nie powinny przebywać w miejscach publicznych. Mam dość wrzasków”
Ewelina zgodziła się, żebyśmy opublikowali wiadomość, którą wysłała do naszej redakcji. Przyznaję jednak: jej postulat brzmi dla mnie absurdalnie.

Być może to żart i testowanie naszych redakcyjnych granic, ale kilka rozmów ze znajomymi mamami uświadomiło mnie, że pomysł, o którym pisze Ewelina, wcale nie jest aż takim dziwactwem.
O zakazie wstępu dla dzieci do restauracji czy hotelach tylko dla dorosłych wszyscy słyszeliśmy. Ewelina, mama 12-letnich bliźniaków, proponuje inne rozwiązanie: zakaz wstępu, ale tylko w konkretnych godzinach.
Przeczytajcie jej maila:
„To nie jest pora dla dzieci”
Nie jestem osobą, która „nie lubi dzieci”. Sama jestem matką i wiem, jak wygląda życie rodzinne. W sumie właśnie dlatego uważam, że 19 to nie jest już godzina dla dzieci, żeby się pałętały z rodzicami nieodpowiedzialnymi po mieście.
O tej godzinie to dzieci powinny być w domu – kąpane, wyciszane, przygotowywane do snu. Tymczasem coraz częściej widzę coś zupełnie odwrotnego. Biegające maluchy między stolikami w restauracjach, krzyki w sklepach, płacz w kolejkach. Rodzice udają, że tego nie widzą, albo – co gorsza – uważają to za coś normalnego.
Nie, drodzy państwo, to nie jest normalne. To jest brak szacunku dla innych ludzi, którzy też mają prawo do spokoju. Brak szacunku do mnie.
„Chcę mieć prawo do ciszy”
Kiedy wychodzę wieczorem, robię to po całym dniu pracy. Chcę odpocząć, zjeść kolację w spokoju, porozmawiać. Nie chcę słuchać wrzasków, oglądać dzieci tarzających się po podłodze ani obserwować rodziców, którzy kompletnie nie reagują. Tym bardziej dlatego że sama jestem matką.
Nawet zakupy lubię robić wieczorami właśnie dlatego, że moje dzieci wtedy kończą lekcje, robią coś, typu grają, a ja mogę się wyrwać na godzinę i pozałatwiać sprawy, trochę głowę przewietrzyć.
Dlaczego nikt nie mówi głośno o tym, że przestrzeń publiczna powinna być wspólna dla wszystkich – także dla tych, którzy nie chcą uczestniczyć w cudzym chaosie?
„Rodzice też mają obowiązki”
Najbardziej irytuje mnie podejście niektórych rodziców. „Bo dziecko ma prawo”, „bo nie mam co z nim zrobić”, „bo chcemy wyjść razem”. Rozumiem – ale to nie oznacza, że reszta świata ma się do tego dostosować.
Bycie rodzicem to także odpowiedzialność. Jeśli dziecko jest zmęczone, głodne, przebodźcowane – to może po prostu nie jest dobry moment, żeby zabierać je do galerii czy restauracji wieczorem? Tak tylko wrzucam, chociaż wiem, że moje zdanie raczej nie jest zbyt popularne.
Nie mówię, że dzieci mają być „zamknięte w domach”. Ale może warto wprowadzić jakieś granice, które będą korzystne dla wszystkich – także dla samych dzieci.
Nie potrzebujemy zakazów, potrzebujemy empatii
Z jednym się zgadzam: o godzinie 19 małe dzieci rzeczywiście powinny uczestniczyć w wieczornym rytuale i przygotowywać się do snu. Jednak wprowadzenie odgórnego zakazu, by uniemożliwić dzieciom uczestniczenie w niektórych sferach życie, wydaje mi się odczłowieczające.
Przestrzeń publiczna z definicji jest wspólna – dla dorosłych i dla dzieci. To naturalne, że dzieci bywają głośne czy zmęczone, szczególnie wieczorem. Odpowiedzią na takie sytuacje nie powinno być wykluczanie całej grupy, lecz wzajemny szacunek i rozsądek po obu stronach.
Poza tym zdarza się, że rodzice nie mają wyjścia. Jestem pewna, że wielu z nich też chciałoby zrobić zakupy czy zjeść w spokoju, ale nie mają takiej możliwości. Wykluczanie dzieci byłoby wykluczaniem rodziców, a to już skrajnie niebezpieczny pomysł.
Co o tym myślicie?
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: „Do wygodnickich rodziców, którzy odbierają dzieci z przedszkola o 17: nie wstyd wam, że one tam płaczą?”