„Wolę, żeby córka kisiła się w świetlicy, niż biegała po boisku. Panie są bezczelne, nie za to im płacą”
Naprawdę nie sądziłam, że przyjdzie mi się denerwować czymś takim. Oddaję dziecko do świetlicy, a ono zamiast być pod opieką w sali, biega gdzieś po boisku. Jeszcze słyszę, że to „dla jego dobra”.

Mam córkę w pierwszej klasie i – jak wielu rodziców – korzystam ze świetlicy, bo pracuję. Wydawało mi się, że to oczywiste: zostawiam dziecko pod opieką nauczycieli, którzy mają zapewnić mu bezpieczeństwo, zorganizować czas, dopilnować, żeby wszystko było pod kontrolą.
Tymczasem coraz częściej odbieram dziecko i słyszę: „Byliśmy na boisku”. Szczerze? Wcale mnie to nie cieszy.
Dzieci się bawią, a panie mają spokój
Moja córka opowiada, że wychodzą na zewnątrz i dzieci po prostu się rozchodzą. Jedni grają w piłkę, inni biegają, jeszcze inni siedzą gdzieś na ławce. Niby wszystko wygląda niewinnie, ale ja mam wrażenie, że w tym wszystkim brakuje jednego – realnej opieki. Bo czym to się właściwie różni od sytuacji, w której dziecko wychodzi samo na podwórko?
Mam wrażenie, że nauczycielki po prostu idą na łatwiznę. Wyprowadzają dzieci na świeże powietrze, żeby „same się sobą zajęły”, a one w tym czasie mogą spokojnie usiąść, porozmawiać, sprawdzić telefon. Nie muszą organizować zajęć, pilnować ciszy, wymyślać aktywności. Wystarczy otworzyć drzwi i problem znika.
Paniom płacą za opiekę, a nie opalanie się na słoneczku
Nie zrozumcie mnie źle – ja nie mam nic przeciwko świeżemu powietrzu. Oczywiście, że dzieci powinny się ruszać. Ale od tego są popołudnia, weekendy, czas z rodzicami. Świetlica to nie jest plac zabaw.
To miejsce, w którym dziecko ma być pod opieką. Pod realną, aktywną opieką, a nie wypuszczone „na żywioł”, gdzie każdy robi, co chce. Ja powierzam swoje dziecko szkole i oczekuję, że ktoś będzie nad nim czuwał, a nie tylko „doglądał z daleka”.
Bo jeśli opieka ma wyglądać tak, że dzieci same się organizują, to równie dobrze mogłabym zostawić córkę samą na osiedlowym boisku.
Naprawdę mam wrażenie, że coraz częściej zapomina się, za co nauczyciele dostają wynagrodzenie. To nie jest czas na łapanie pierwszych promieni słoneczka, tylko normalna praca.
Bezpieczeństwo to nie slogan
Najbardziej niepokoi mnie jednak kwestia bezpieczeństwa. Na boisku wszystko może się wydarzyć – ktoś się przewróci, ktoś kogoś popchnie, ktoś się pokłóci. W sali jest łatwiej to kontrolować, szybciej zareagować.
Na zewnątrz? Jedno dziecko biegnie tu, drugie tam, a nauczycielka ma ogarnąć kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. Nie przekonuje mnie argument, że „dzieci tego potrzebują”. Dzieci potrzebują przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa i uwagi dorosłego. A nie wrażenia, że zostały wypuszczone, żeby „same się zajęły”.
Może jestem przewrażliwiona, ale wolę, żeby moja córka siedziała w świetlicy, rysowała, grała w gry czy odrabiała lekcje, niż biegała bez konkretnego nadzoru po boisku. Bo ja oddaję ją pod opiekę szkoły, a nie na półkolonie bez planu.
Komentarz redakcji:
Rozumiemy emocje autorki, ale nie podzielamy jej stanowiska. Wychodzenie z dziećmi na świeże powietrze w czasie świetlicy jest zgodne z zaleceniami dotyczącymi zdrowia i rozwoju dzieci. Ruch, zabawa na dworze i zmiana otoczenia są dla uczniów bardzo wartościowe.
Kluczowe jest oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa i nadzoru – jednak sama forma aktywności na zewnątrz nie powinna być traktowana jako „pójście na łatwiznę”, lecz jako element dobrze rozumianej opieki.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Nauczycielka wzięła 2 dni L4. „Dostałam SMS-a od matki ucznia. Aż usiadłam z emocji”