Nauczycielka wzięła 2 dni L4. „Dostałam SMS-a od matki ucznia. Aż usiadłam z emocji”
Granice między pracą nauczyciela a oczekiwaniami rodziców coraz częściej się zacierają. Ta historia pokazuje, jak łatwo zapomnieć, że po drugiej stronie dziennika elektronicznego jest człowiek.

Wzięłam dwa dni zwolnienia lekarskiego. Byłam chora, ledwo mówiłam, miałam gorączkę – zwykła infekcja. Nie spodziewałam się jednak, że to wystarczy, by poczuć się, jakbym zrobiła coś niewłaściwego.
To tylko dwa dni, a poczułam się jak problem
Pracuję w szkole od kilkunastu lat i naprawdę rzadko korzystam z L4. Zwykle przychodzę do pracy nawet przeziębiona, bo wiem, jak wygląda rzeczywistość – braki kadrowe, trudności z zastępstwami, chaos w planie.
Tym razem nie dałam rady. Uczę matematyki w klasach 4-8, wiem, że zbliżają się egzaminy, ale lekarz powiedział wprost: przynajmniej dwa dni odpoczynku, inaczej będzie gorzej. Zgodziłam się, choć – jak zawsze – miałam wyrzuty sumienia.
Pierwszego dnia zwolnienia dostałam SMS-a od matki jednego z uczniów. Przeczytałam go raz, potem drugi. I naprawdę musiałam usiąść.
Bezczelny SMS od matki
W wiadomości przeczytałam, że rodzic „rozumie chorobę”, ale jednocześnie martwi się, że dzieci „tracą materiał” i że „takie sytuacje są problematyczne”. Na końcu padło pytanie, czy „nie dało się tego jakoś inaczej rozwiązać”, bo „egzamin ósmoklasisty się zbliża”.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Czy naprawdę ktoś oczekuje, że nauczyciel nie będzie chorował? Że będzie prowadził lekcje bez głosu, z gorączką, byle tylko nie „zaburzyć realizacji programu”?
Zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Bo za tą wiadomością kryje się coś więcej niż troska o materiał. To przekonanie, że nauczyciel powinien być zawsze dostępny, zawsze sprawny, zawsze gotowy – niezależnie od wszystkiego.
Granice, które coraz częściej znikają
To nie jest odosobniona sytuacja. Coraz częściej dostajemy wiadomości późnym wieczorem, w weekendy, w trakcie choroby. Z oczekiwaniem, że odpowiemy od razu, wyjaśnimy, wytłumaczymy.
Rodzice mają prawo pytać i interesować się edukacją swoich dzieci – to oczywiste. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestają widzieć w nauczycielu człowieka.
My też chorujemy. Też mamy gorsze dni. Też mamy granice, które – jak każdy – powinniśmy mieć prawo stawiać.
Po tej wiadomości naprawdę poczułam bezsilność. Nie złość, tylko smutek. Bo trudno dyskutować z oczekiwaniami, które z góry zakładają, że nauczyciel powinien być dostępny zawsze.
Ja naprawdę chcę dobrze uczyć
Najtrudniejsze jest to, że ja naprawdę lubię swoją pracę. Staram się, przygotowuję, angażuję. Chcę, żeby moje lekcje miały sens.
Ale takie sytuacje zostają w głowie. I sprawiają, że człowiek zaczyna się zastanawiać, gdzie kończy się jego obowiązek, a zaczyna coś, co już dawno powinno mieć granice.
Te dwa dni minęły. Wróciłam do pracy, jak zawsze. Ale ta jedna wiadomość zmieniła moje myślenie bardziej, niż się spodziewałam.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: „Myślałam, że nauczą moją Tosię siadania na nocnik. Niestety przedszkolanki sobie nie radzą”