Reklama

Wakacyjne loty często wiążą się z tłokiem i stresem. Rodzice podróżują z dziećmi, pasażerowie próbują zmieścić bagaże do schowków, a personel stara się sprawnie przygotować samolot do startu. Nasza czytelniczka przekonuje jednak, że nawet w takich warunkach obowiązują pewne zasady. Sama boleśnie się o tym przekonała podczas lotu z 12-letnią córką.

„Specjalnie dopłaciłam do tych miejsc”

Dzień dobry, w tym roku poleciałyśmy z córką na wakacje tanimi liniami. Nie był to nasz pierwszy lot, dlatego dobrze wiedziałam, że jeśli chce się mieć trochę więcej komfortu, trzeba za niego zapłacić. Nie chciałam ryzykować losowych miejsc, więc wykupiłam siedzenia z większą przestrzenią na nogi. Kosztowały więcej, ale uznałam, że skoro czeka nas kilkugodzinny lot, to warto.

Na pokład weszłyśmy dość późno. Większość pasażerów siedziała już na swoich miejscach. Gdy doszłyśmy do naszego rzędu, zobaczyłam, że na naszych fotelach siedziała dwójka dzieci. Na oko miały może siedem albo osiem lat, trochę młodsze od mojej córki. Pomyślałam, że pewnie doszło do pomyłki. Uśmiechnęłam się i powiedziałam:

– Przepraszam, ale to są nasze miejsca.

Dzieci spojrzały po sobie, jakby nie bardzo wiedziały, co zrobić. Wtedy doskoczyła do nas ich mama. Powiedziała zupełnie spokojnym tonem, że posadziła dzieci tutaj, bo mają więcej miejsca na nogi. Dodała, że przecież samolot nie jest jeszcze pełny i możemy usiąść gdzieś indziej.

Grzecznie odpowiedziałam, że nie chodzi o to, czy są inne wolne miejsca. Zapłaciłam za konkretne siedzenia i chciałabym z nich skorzystać. Myślałam, że na tym rozmowa się skończy, przecież to oczywiste, że skoro zapłaciłam za te miejsca, to mam do nich prawo. Jak bardzo się pomyliłam...

„To tylko dzieci. Naprawdę zrobi pani z tego problem?”

Kobieta momentalnie zmieniła ton. Powiedziała, że jestem bezduszna i że chyba nigdy nie podróżowałam z dziećmi. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem, bo przecież obok mnie stała moja córka.

Próbowałam spokojnie wytłumaczyć, że rozumiem, że każde dziecko chce siedzieć wygodnie. Nie rozumiem jednak, dlaczego ma się to odbywać kosztem innych pasażerów. Usłyszałam tylko, że „to przecież kilka godzin” i że mogę wykazać się odrobiną empatii.

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Wiem, że mogłabym dla świętego spokoju odpuścić, ale postanowiłam, że tak tego nie zostawię. Dopiero wtedy podeszła stewardesa i zapytała, co się dzieje.

Poprosiła o karty pokładowe, spojrzała na numery miejsc i spokojnie powiedziała dzieciom, że muszą usiąść tam, gdzie zostały im przydzielone. No, właściwie ich matce to powiedziała. Ta mama zaczęła się wykłócać, ale stewardessa była nieugięta.

W końcu dzieci bez słowa wstały i przesiadły się na swoje miejsca. Miałam nawet wrażenie, że było im zwyczajnie głupio. Ich mama rzuciła jeszcze w moją stronę kilka nieprzyjemnych uwag, ale potem był już spokój.

Siedziałam na swoim miejscu i zastanawiałam się, skąd bierze się przekonanie, że jeśli ktoś podróżuje z dziećmi, to automatycznie może oczekiwać od innych rezygnacji z czegoś, za co zapłacili.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Od redakcji

W wielu liniach lotniczych pasażerowie mogą dopłacić za wybór konkretnego miejsca – na przykład z większą przestrzenią na nogi lub w preferowanej części samolotu. Jeśli ktoś wykupił takie miejsce, ma prawo z niego skorzystać.

Podróżowanie z dziećmi bywa wymagające i warto okazywać sobie wzajemną życzliwość. Dobrze jednak pamiętać, że wszelkie zmiany miejsc powinny odbywać się wyłącznie za zgodą zainteresowanych pasażerów. Samowolne zajmowanie cudzych foteli często prowadzi do niepotrzebnych konfliktów już na początku podróży.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...