Reklama

Praca wychowawcy kolonijnego wielu osobom kojarzy się z wycieczkami, ogniskami i wakacyjną atmosferą. W rzeczywistości to odpowiedzialność za kilkanaścioro (albo i więcej) dzieci przez całą dobę. O tym, jak wygląda to od kulis, napisała do naszej redakcji młoda nauczycielka i mama pięcioletniej dziewczynki.

„Myślałam, że skoro pracuję w szkole, nic mnie już nie zaskoczy”

Dzień dobry,

jestem nauczycielką od czterech lat. Mam też pięcioletnią córeczkę. W zeszłe wakacje postanowiłam pierwszy raz pojechać jako wychowawczyni na kolonie. Nie ukrywam – głównym powodem były pieniądze. Pensja nauczyciela nie rozpieszcza, a każda dodatkowa kasa się przydaje.

Córka została z tatą, który pracuje zdalnie i mógł elastycznie zorganizować sobie czas. Pomagali też dziadkowie, więc byłam spokojna. Przed wyjazdem śmiałam się, że przecież na co dzień pracuję z dziećmi. Co może mnie jeszcze zaskoczyć?

Oj, bardzo szybko życie zweryfikowało moje myślenie... W końcu w szkole spędzam z uczniami tylko kilka godzin, a wycieczki zdarzają się sporadycznie. Kolonie trwają dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Nie ma dzwonka kończącego pracę. Nie ma powrotu do domu. Nie ma chwili, kiedy odpowiedzialność za dzieci przejmuje ktoś inny. Jesteś wychowawcą rano, w południe, wieczorem i w nocy.

Czytaj także: „Pierwszego dnia obozu syn zadzwonił z płaczem. Wychowawcom powiem jedno: dziękuję”

„Po jednym telefonie od mamy zrozumiałam, że niektórzy naprawdę oczekują od nas wszystkiego”

Już pierwszego dnia zadzwoniła do mnie mama jednego z chłopców. Miał dziewięć lat. Myślałam, że chce zapytać, czy syn bezpiecznie dojechał albo jak się czuje. Usłyszałam coś zupełnie innego:

„Czy mogłaby pani codziennie sprawdzać, czy on zakłada czyste ubrania i zmienia skarpetki? Bo w domu trzeba mu o tym przypominać. Sam nie pamięta”.

Na chwilę zamilkłam. Naprawdę nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Miałam pod opieką kilkanaścioro dzieci w wieku od ośmiu do piętnastu lat. Pilnowałam godzin zbiórek, bezpieczeństwa nad wodą, konfliktów między dziećmi, tęsknoty za domem, telefonów do rodziców i całej masy rzeczy, których nikt z zewnątrz nawet nie widzi.

A jedna z mam oczekiwała, że codziennie będę jeszcze kontrolować, czy jej dziewięcioletni syn zmienił skarpetki.

To był moment, w którym dotarło do mnie, jak bardzo niektórzy rodzice przerzucają swoją odpowiedzialność na innych.

„Po miesiącu byłam bardziej zmęczona niż po całym roku szkolnym”

Nie zrozumcie mnie źle. To nie dzieci były największym problemem. Większość naprawdę była fantastyczna. Tęskniły za rodzicami, czasem się pokłóciły, czasem marudziły. To normalne.

Najbardziej męczyło mnie poczucie, że dla części rodziców wychowawca kolonijny ma być jednocześnie nauczycielem, opiekunem, psychologiem, pielęgniarką, animatorem, drugim rodzicem i osobistym asystentem ich dziecka.

Po miesiącu wróciłam do domu kompletnie wyczerpana, wymęczona, jakbym harowała na kopalni. Przytuliłam swoją córkę i pomyślałam, że nigdy nie chciałabym, żeby w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat potrzebowała obcej osoby do przypominania o zmianie skarpetek.

Wyjazd nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy. My, nauczyciele, naprawdę robimy znacznie więcej, niż wielu osobom się wydaje.

A wychowawcy kolonijni zasługują na ogromny szacunek. Dopóki sama tego nie przeżyłam, nie miałam pojęcia, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na ich barkach.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Komentarz redakcji

Praca wychowawcy kolonijnego to nie wakacje z dziećmi, lecz odpowiedzialność przez całą dobę. To właśnie dlatego organizatorzy podkreślają, że samodzielność dziecka przed pierwszym wyjazdem ma ogromne znaczenie.

Historia naszej czytelniczki pokazuje również szerszy problem. Rodzice chcą mieć pewność, że ich dzieci będą pod dobrą opieką, co jest całkowicie zrozumiałe. Jednak opiekun kolonijny nie jest w stanie zastąpić każdemu dziecku rodzica i wyręczać go w codziennych czynnościach. Czasem najlepszym prezentem, jaki możemy dać dziecku przed wakacyjnym wyjazdem, jest nauczenie go podstawowej samodzielności jeszcze w domu.

Zobacz także: Dopłaty 800 zł do kolonii. Warunek: udział dziecka w edukacji zdrowotnej. „Nagroda za mądrość rodziców”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...