Reklama

All inclusive kojarzy się z odpoczynkiem, beztroską i chwilą oddechu od codziennych obowiązków. Nasza czytelniczka wróciła jednak z wakacji z jedną refleksją. Jej zdaniem najgorszymi gośćmi w hotelach wcale nie są głośne dzieci. Problemem bywają dorośli, którzy traktują hotelową obsługę jak darmową opiekę.

„Na początku nawet im zazdrościłam”

Dzień dobry, właśnie wróciliśmy z tygodniowych wakacji all inclusive w Turcji. Byliśmy tam z dwójką dzieci – czteroletnim synem i siedmioletnią córką. Jak każdy rodzic wie, taki wyjazd nie ma wiele wspólnego z prawdziwym odpoczynkiem. Basen, krem z filtrem, ręczniki, przekąski, toaleta, lody, znowu krem, znowu basen. Wieczorem człowiek jest bardziej zmęczony niż po całym dniu pracy.

Pierwszego dnia zwróciłam uwagę na pewną rodzinę. Rodzice leżeli na leżakach z drinami, spokojnie rozmawiali i praktycznie się nie ruszali. Pomyślałam nawet, że mają wyjątkowo samodzielne dzieci. Szybko okazało się, że wcale nie o to chodziło.

Dzieci tej pary praktycznie od rana do wieczora były przy animatorach. Mini klub otwierał się o konkretnej godzinie i one już czekały pod drzwiami. Rodzice przyprowadzali je zaraz po śniadaniu, znikali na kilka godzin, wracali tylko na obiad, a później znowu oddawali dzieci pod opiekę.

Animatorzy organizowali zabawy przy basenie, konkursy, malowanie twarzy i mini disco. To przecież ich praca i nikt nie ma o to pretensji. Problem zaczynał się wtedy, kiedy zajęcia się kończyły.

Widziałam, jak animator odprowadzał dzieci do leżaków, a rodzice udawali, że tego nie zauważają. Jedno dziecko przez kilka minut stało obok mamy, która rozmawiała przez telefon. Drugie próbowało zwrócić uwagę taty, a ten machnął ręką i powiedział: „Idź jeszcze się pobaw”.

Animator nie był już w pracy. A mimo to został z tym dzieckiem, bo zwyczajnie było mu go szkoda.

„Najbardziej zapamiętałam jedną scenę”

Któregoś popołudnia siedziałam przy basenie i zobaczyłam chłopca, może pięcioletniego. Przyszedł do rodziców z rysunkiem, który zrobił w mini klubie. Był wyraźnie dumny.

Ojciec nawet na niego nie spojrzał. Powiedział tylko: „Połóż gdzieś i idź jeszcze do pani”. To było zdanie, którego chyba długo nie zapomnę.

Przecież dzieci nie jadą na wakacje po to, żeby cały dzień spędzać z animatorami. One jadą tam przede wszystkim z rodzicami. A ci rodzice zachowują się, jakby nie mieli dzieci.

Nie mam nic przeciwko hotelowym animacjom. Sama zaprowadziłam córkę na warsztaty, bo bardzo chciała zrobić bransoletkę. Została godzinę, wróciła szczęśliwa i opowiadała, co robiła.

Różnica polega na tym, że dla nas animatorzy byli atrakcją, a dla niektórych rodziców to sposób na pozbycie się dzieci na większość dnia.

Patrzyłam na to przez tydzień i naprawdę zrobiło mi się przykro. Dzieci co chwilę odwracały się w stronę leżaków, szukały wzrokiem mamy albo taty, chciały się pochwalić skokiem do wody czy nowym rysunkiem.

Rodzice byli obok, ale tylko fizycznie. Myślami – zupełnie gdzie indziej.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Komentarz redakcji

Hotelowe animacje są elementem oferty wielu obiektów i dla wielu dzieci stanowią jedną z największych wakacyjnych atrakcji. Trudno jednak zapominać, że animatorzy nie są opiekunami zastępującymi rodziców przez cały dzień.

Dla dziecka najcenniejszym wspomnieniem z wakacji często nie jest konkurs przy basenie czy malowanie twarzy, ale wspólna zabawa z mamą lub tatą. Nawet najlepszy animator nie zastąpi uwagi i czasu, którego najmłodsi tak bardzo potrzebują.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...