„Cudze dzieci zrujnowały mi urlop. Ich matka chyba myślała, że nikt nie widzi”. To wina „bezstresowego wychowania”
Jak co roku kilka dni wakacji spędziłam nad Bałtykiem, w Trójmieście. Słońce (chociaż czasem za chmurami), szum fal i ten moment, kiedy człowiek w końcu zwalnia. A potem wystarczyło kilkanaście minut, żebym zrozumiała, dlaczego coraz więcej osób mówi, że na wakacjach najbardziej męczą ich... dzieci. Tylko czy to na pewno chodzi o nie?

Plaża była pełna ludzi. Rodziny z maluchami, seniorzy, młodzi, grupy znajomych. Typowy letni dzień nad morzem. Kilka metrów ode mnie bawiło się rodzeństwo – dzieciaki miały nie więcej niż 7 lat. Początkowo nie zwracałam na nie większej uwagi. Dzieci, jak to dzieci, korzystały z wakacji. Nawet trochę im zazdrościłam tej beztroski!
Problem zaczął się chwilę później. Najpierw zaczęły przebiegać przez rozłożone ręczniki, sypiąc ludzi piaskiem. Potem jedno z nich kilka razy prawie nadepnęło na czyjeś rzeczy. Po chwili piłka, którą się bawiły, trafiła w książkę starszej pani na leżaku. Te dzieci były dosłownie wszędzie.
Ich mama siedziała kilka metrów dalej. Przeglądała telefon. Od czasu do czasu podnosiła głowę, rzucała krótkie: „Uważajcie” i po sekundzie znowu znikała w wirtualnym świecie.
Inni plażowicze zaczęli wymieniać między sobą porozumiewawcze spojrzenia, a ta kobieta zachowywała się tak, jakby nic się nie działo. Jakby naprawdę wierzyła, że nikt nie widzi tego, co robią jej dzieci. A przecież widzieli wszyscy.
Dzieci, którym dorośli nie stawiają granic
Kiedy słyszę, że „dzisiejsze dzieci są niewychowane”, zawsze mam mieszane uczucia. Bo czy naprawdę kilkuletnie dziecko samo z siebie wie, że nie powinno przebiegać przez cudzy ręcznik? Że piasek wsypany komuś do torby nie jest śmiesznym żartem? Że obca osoba też ma prawo spokojnie odpocząć?
Nie. Dziecko dopiero poznaje świat. Uczy się, że nie kręci się on wokół niego. Że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się komfort drugiego człowieka. Ale tego nie nauczy się samo. To zadanie rodzica.
Mam wrażenie, że gdzieś po drodze zaczęliśmy mylić bezstresowe wychowanie i szacunek do autonomii i emocji dziecka z całkowitym brakiem granic. Jakby zwrócenie dziecku uwagi było czymś złym. Jakby konkretne powiedzenie: „Nie rób tak” i wyjaśnienie powodu oznaczało odbieranie mu dzieciństwa.
A przecież można wychowywać z szacunkiem i jednocześnie uczyć zasad. Jedno drugiego naprawdę nie wyklucza, o czym rodzice zdają się zapominać.
Może źle kierujemy swoją złość?
Słyszymy o restauracjach, hotelach czy strefach przeznaczonych wyłącznie dla dorosłych. W internecie regularnie wybuchają dyskusje o płaczących dzieciach w samolotach, hałasie na plażach czy bieganiu po restauracjach.
Mam wrażenie, że bardzo łatwo obwiniamy dzieci. Za łatwo. Jasne: to dzieciaki krzyczą, biegają i, co tu dużo mówić, przeszkadzają. Sęk w tym, że dzieci zachowują się tak, jak pozwalają im dorośli.
To rodzic decyduje, czy zareaguje, gdy jego dziecko obsypuje piaskiem obcych ludzi. To rodzic pokazuje, że po nieudanej zabawie warto przeprosić. To rodzic tłumaczy, że plaża jest wspólna i każdy ma prawo czuć się na niej dobrze.
Nie oczekuję, że dzieci będą siedzieć nieruchomo pod parasolem i przez osiem godzin czytać książki. Wakacje są od zabawy, śmiechu i biegania. Dzieci mają do tego pełne prawo. Ale jednocześnie rodzice mają obowiązek uczyć je, że wokół są inni ludzie.
Chyba właśnie tego najbardziej mi zabrakło tamtego dnia nad Bałtykiem. Nie ciszy. Nie spokoju. Tylko jednego dorosłego, który na chwilę odłoży telefon, spojrzy na swoje dzieci i da im lekcję uważności na drugiego człowieka.
Czytaj także:
- Kłopotliwa scena na plaży w Międzyzdrojach: matka myślała, że nikt nie zauważy? „Ludzie odwracali wzrok”
- Matka obwinia „bezczelną nauczycielkę”. „Syn całe wakacje siedzi z nosem w lekturze, a przecież wystarczy zobaczyć film”
- „To miały być włoskie wakacje życia i urlop od dzieci. Gdy mąż zamiast zabytków zaczął podziwiać wdzięki animatorki, odpłaciłam mu z nawiązką”