Reklama

Mam dwójkę dzieci. Córka ma 35 lat, rodzinę, dzieci, swoje życie. Uwielbiam być babcią. Rozpieszczam wnuki, piekę im ciasta, kupuję czekoladki, zabieram na spacery. To daje mi ogromną radość.

Syn jest młodszy o dziesięć lat. Szczerze? Nie planowaliśmy już drugiego dziecka. Ale życie napisało własny scenariusz. Krzysztof zawsze był oczkiem w głowie całej rodziny. Może dlatego, że był najmłodszy. Może dlatego, że długo mieszkał z nami.

Wyprowadził się dopiero rok temu. Najpierw studia, potem jakieś kursy, później mówił, że odkłada pieniądze. W końcu wynajął kawalerkę w Warszawie. My mieszkamy 30 kilometrów od stolicy, więc kontakt mamy cały czas.

I wiem, że synowi nie brakuje pieniędzy. Sam o tym opowiada. A to nowy telefon, a to komputer za kilka tysięcy. Często wspomina, gdzie zabrał swoją dziewczynę. Raz była elegancka restauracja, raz weekendowy wyjazd. Cieszę się, że dobrze zarabia. Naprawdę. Tylko że przy tym wszystkim nadal regularnie „zaopatruje się” u mamy.

„Mamo, masz może masło?”

Na początku mnie to bawiło. Przyjeżdżał na weekend, jadł obiad, zabierał kilka słoików. Bigos, rosół, schabowe. Jak każdy młody chłopak. Sama wciskałam mu jedzenie do torby.

Ale potem zauważyłam, że to już nie są sporadyczne sytuacje. On po prostu zakłada, że wszystko dostanie.

Dzwoni i pyta, czy mamy jajka, bo nasze są wiejskie i „lepsze niż sklepowe”. A przecież takie jajka kosztują. Masło? „Bo ty zawsze upolujesz promocję w Dino albo Biedronce”. Dżem? „Bo Klaudii smakował”. Ostatnio nawet spytał, czy nie mam trochę mięsa z rosołu, bo nie chce mu się gotować.

Za każdym razem coś mu pakuję. Bo jestem matką. Bo trudno odmówić własnemu dziecku. Ale coraz częściej mam wrażenie, że on kompletnie nie widzi, ile to wszystko kosztuje. I nie chodzi nawet o pieniądze.

Chodzi o zwykłą wdzięczność.

Nigdy nie zaprosił nas do siebie

Najbardziej boli mnie coś innego. Krzysztof bierze, ale właściwie nic nie daje od siebie. Nigdy nie powiedział: „Mamo, tato, chodźcie, zabiorę was na obiad”. Nigdy nie zaprosił nas do swojego mieszkania. Nawet na kawę.

Ja znam menu restauracji, do których chodzi z dziewczyną, tylko z jego opowieści. Sama nigdy nie siedziałam przy jego stole. Nigdy nie widziałam tej jego „dorosłości”, o której tyle mówi.

Mam wrażenie, że dla niego dom rodzinny nadal jest miejscem, gdzie wszystko się należy. Lodówka pełna, obiad na stole, torba ze słoikami gotowa do zabrania.

Kocham syna najmocniej na świecie. I pewnie dalej będę mu dawać te jajka, masło i dżemy. Tylko czasem chciałabym poczuć, że jestem dla niego kimś więcej niż wygodną jadłodajnią pod Warszawą.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Matka pozwoliła dziecku nie zjeść obiadu. Babcia nie miała litości: „To rodzicielstwo uległości”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...