Reklama

Szanowna Redakcjo, piszę do Was, bo czuję, że jeśli tego z siebie nie wyrzucę, to po prostu pęknę. Siedzę teraz w kuchni, jest trzecia rano, mój trzymiesięczny synek w końcu zasnął, a ja, zamiast spać, wciąż słyszę w głowie te słowa. Słowa, które odebrały mi całą radość z macierzyństwa i sprawiły, że patrzę w lustro z obrzydzeniem do samej siebie.

Zawsze wydawało mi się, że jestem silną babką. Pracowałam w korporacji, zarządzałam zespołem, radziłam sobie z kryzysami. Ale poród mnie zmienił. Stałam się krucha, pełna lęku, ale też niesamowitej miłości do tego małego człowieka. Przez pierwsze dwa tygodnie żyliśmy z mężem w bańce. Było ciężko, fakt, ale czułam, że dajemy radę. Do czasu, aż progu naszego mieszkania nie przekroczyła moja teściowa.

Trudne relacje z teściową po narodzinach dziecka

Od początku czułam na sobie jej oceniający wzrok. Nie przyjechała, żeby mi pomóc, żeby ugotować zupę czy wstawić pranie. Przyjechała na inspekcję. Patrzyła, jak przewijam małego, jak go kąpię, jak próbuję przystawiać do piersi, choć na początku szło nam to opornie. Każdy mój ruch komentowała westchnieniem. Znacie to? Takie głośne wypuszczanie powietrza, które mówi więcej niż tysiąc słów.

„Dziecko płacze, pewnie jest głodne, masz za chudy pokarm” − to był standard. Ale ja dzielnie to znosiłam. Tłumaczyłam sobie, że to inne pokolenie, że ona chce dobrze. Starałam się uśmiechać, choć w środku wszystko we mnie drżało. Chciałam być dla niej partnerką w rozmowie, chciałam pokazać, że dbam o jej wnuka najlepiej, jak potrafię. Nie wiedziałam jednak, że najgorsze dopiero nadejdzie.

Brak pewności siebie u młodej mamy

Feralnego dnia Staś miał gorszy moment. Kolka, płacz, którego nie dało się ukoić. Chodziłam z nim na rękach, śpiewałam, byłam u kresu wytrzymałości fizycznej. Wtedy ona podeszła, wyjęła mi go z ramion − niemal wyrywając − i powiedziała to zdanie, które do dziś dzwoni mi w uszach:

„Daj go, przecież ty nawet nie potrafisz go uspokoić, on przy tobie czuje tylko twój stres i nieudolność”.

W tamtym momencie coś we mnie pękło. Nie krzyknęłam. Po prostu poszłam do łazienki i wyłam w ręcznik. Te słowa − „twoja nieudolność” − stały się moją nową definicją. Od tamtej pory, za każdym razem, gdy Staś płacze, ja sztywnieję. Boję się go dotknąć, żeby nie zarazić go moim stresem. Stałam się cieniem samej siebie. Przestałam wierzyć swojej intuicji. Skoro własna rodzina uważa mnie za nieudolną, to pewnie tak jest, prawda?

Jak radzić sobie z krytyką w macierzyństwie

Mąż mówi, żebym odpuściła, że mama taka już jest. Ale on nie rozumie, że dla kobiety w połogu takie słowa są jak ostre igły. Ja nie potrzebowałam ekspertki od płaczu, potrzebowałam kogoś, kto powie: „Robisz to świetnie, odpocznij, ja go potrzymam”. Zamiast wsparcia dostałam wyrok.

Dziś wiem, że muszę walczyć o siebie, bo mój syn potrzebuje szczęśliwej mamy, a nie robota, który boi się własnego cienia. Ale ta rana wciąż jest świeża. Piszę to do innych dziewczyn: nie pozwalajcie nikomu wchodzić z buciorami w Waszą relację z dzieckiem. Nawet jeśli to tylko jedno zdanie. Ono potrafi zburzyć mur, który budowałyście z taką miłością. Ja swój mur muszę teraz stawiać od nowa, cegła po cegle, walcząc z echem głosu teściowej, który mówi mi, że się nie nadaję.

Mam nadzieję, że moja historia pomoże choć jednej mamie postawić granicę wcześniej, niż ja to zrobiłam.

Pozdrawiam,

Ania


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Odkąd mamy dziecko, z psem nie da się wytrzymać. Wszyscy mówili, że się przyzwyczai, a jest tylko gorzej”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...