Reklama

Kolonie to dla wielu dzieci pierwsza dłuższa rozłąka z rodzicami. Tęsknota jest czymś naturalnym, jednak nie każda kończy się wcześniejszym powrotem do domu. Jedna z naszych czytelniczek postanowiła opowiedzieć o decyzji, która do dziś budzi w niej mieszane uczucia.

„Mamo, proszę, przyjedź po mnie”

Dzień dobry,

piszę ten list, bo po przeczytaniu komentarzy w internecie zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę jestem tak okropną matką, jak niektórzy potrafią ocenić.

Mój syn ma jedenaście lat. W tym roku pierwszy raz pojechał na dziesięciodniowe kolonie. Sam bardzo chciał. Razem wybieraliśmy ofertę, oglądaliśmy zdjęcia ośrodka, kompletowaliśmy rzeczy. Nie było żadnego płaczu przy wyjeździe, wręcz przeciwnie – machał mi z autokaru z ogromnym uśmiechem.

Trzeciego dnia około dziewiętnastej dostałam od niego SMS-a. Napisał tylko: „Mamo, proszę, przyjedź po mnie. Chcę do domu”.

Serce dosłownie mi stanęło.

„Najpierw zadzwoniłam do wychowawczyni”

Oczywiście od razu zadzwoniłam do syna, ale nie odebrał. Chwilę później skontaktowałam się z wychowawczynią. Powiedziała, że wszystko jest w porządku. Syn trochę tęskni, szczególnie wieczorami, ale normalnie chodzi na zajęcia, bawi się z chłopakami i nie dzieje się nic niepokojącego.

Po kilku minutach oddzwonił też do mnie. Płakał. Mówił, że chce wracać, że tęskni za domem i że już nigdy więcej nigdzie nie pojedzie. Płakałam razem z nim. Naprawdę.

Wiele osób pewnie napisze, że w takiej sytuacji rodzic powinien od razu wsiąść do samochodu. Tylko że życie nie zawsze wygląda tak prosto.

Do ośrodka mieliśmy prawie 500 kilometrów w jedną stronę. Mąż był w pracy i nie mógł wyjechać. Zostałam w domu z młodszą córką. Sam wyjazd oznaczałby przejechanie niemal tysiąca kilometrów, cały dzień w trasie i kilkaset złotych wydanych na paliwo, nie licząc autostrad.

Nie jesteśmy biedni, ale też nie mamy pieniędzy, które można wydawać bez zastanowienia. Usiadłam w kuchni i zwyczajnie się rozpłakałam.

Z jednej strony miałam dziecko, które błagało mnie przez telefon, żebym po nie przyjechała.

Z drugiej wiedziałam, że wychowawcy nie widzą powodów do niepokoju i że to najprawdopodobniej zwykła tęsknota, która mija u wielu dzieci po kilku dniach.

„Powiedziałam, że damy radę”

To była jedna z trudniejszych rozmów. Powiedziałam synowi, że wierzę, że da sobie radę. Poprosiłam, żeby wytrzymał jeszcze dwa dni. Obiecałam, że jeśli nadal będzie czuł się tak samo, będziemy szukać rozwiązania.

Nie był zadowolony. Ja też nie. Przez całą noc miałam wyrzuty sumienia. Dzisiaj wiem jednak, że była to dobra decyzja.

Następnego dnia zadzwonił już zupełnie innym głosem. Opowiadał o meczu piłki nożnej, nowym koledze z pokoju i planowanej wycieczce. Kiedy wrócił do domu, pierwsze pytanie, jakie zadał, brzmiało: „Mamo, mogę pojechać za rok znowu?”.

Gdybyśmy wtedy od razu po niego pojechali, pewnie nigdy nie przekonałby się, że potrafi poradzić sobie z tęsknotą.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Komentarz redakcji

Pierwsze dni kolonii bywają trudne, szczególnie dla dzieci, które po raz pierwszy wyjeżdżają bez rodziców. Wychowawcy od lat podkreślają, że tęsknota sama w sobie nie jest niczym niezwykłym i często mija po jednym lub dwóch dniach, kiedy dziecko zaangażuje się w zajęcia i pozna grupę.

Oczywiście każda sytuacja jest inna. Jeśli wychowawcy informują o problemach zdrowotnych, przemocy czy innych niepokojących zdarzeniach, reakcja rodzica powinna być natychmiastowa. Jeśli jednak dziecko po prostu tęskni, czasem największym wsparciem nie jest natychmiastowy przyjazd, lecz spokojna rozmowa i zaufanie do opiekunów. To trudne zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców.

Czytaj także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...