Uwaga od nauczycielki w Librusie rozwścieczyła matkę. „Kim ona jest, żeby mnie pouczać?”
Szkolne komunikaty potrafią wywołać potężną burzę w domu. Jedna z mam napisała pełen emocji list o uwadze w e-dzienniku, która przekroczyła granice prywatności.

Droga Redakcjo mamotoja.pl, mój dziewięcioletni syn Kamil chodzi do trzeciej klasy, uczy się dobrze i nie sprawia żadnych problemów. Tymczasem jego wychowawczyni postanowiła wbić mi szpilę i wysłała oficjalną uwagę, która kompletnie przekracza granice przyzwoitości. Zamiast napisać o ocenach czy sprawdzianie, napisała mi długi, przemądrzały wywód o tym, jak karmię własne dziecko. Nauczycielka bezczelnie wyrzuciła mi, że Kamil zbyt często przynosi do szkoły tanie bułki z marketu, co rzekomo wpływa na jego gorsze skupienie na lekcjach.
W wiadomości padły dokładnie takie słowa: „Proszę zadbać o pełnowartościowe, zbilansowane posiłki bogate w warzywa, ponieważ dieta dziecka ma kluczowe znaczenie w procesie edukacji”. Kiedy to czytałam, dosłownie miałam łzy w oczach. Haruję na półtora etatu, żeby opłacić rachunki, i mam tylko jedno pytanie: kim ta kobieta w ogóle jest, żeby mnie pouczać i rozliczać z zawartości śniadaniówki?
Librus jako bat na matki i festiwal oceniania
Wychowawczyni Kamila uznała, że ma prawo kontrolować styl życia naszej rodziny. W uwadze napisała bez ogródek: „Sugeruję wcześniejsze wstawanie, by przygotować dziecku ciepły posiłek do termosu, zamiast kupowania gotowych produktów w drodze do szkoły”. No ludzie! To jest bezczelność i kompletny brak szacunku dla kogoś, kto codziennie goni czas, żeby związać koniec z końcem. Nie mam zamiaru tolerować sytuacji, w której moje macierzyństwo jest recenzowane przez kobietę, która nie ma pojęcia, jak wygląda rzeczywistość pracującej matki.
Szkoła przekracza granice pod maską wielkiej troski
Współczesna szkoła publiczna zapomina, gdzie kończą się jej obowiązki edukacyjne, a zaczyna nasze prywatne życie. Rozumiem pogadanki o zdrowym żywieniu na lekcjach, ale wysyłanie pisemnych nagan za rodzaj pieczywa to czysty absurd. To ja jestem matką, ja decyduję, co kupuję za ciężko zarobione pieniądze i dbam o to, by mój syn nie chodził głodny.
Nauczycielka z wieloletnim stażem powinna mieć trochę wyczucia i taktu, zamiast bawić się w internetowego sędziego. Czuję się przez to napiętnowana jako gorsza matka. To całkowicie niszczy moje zaufanie do tej placówki.
Nikt nie będzie komentował tego, jak wychowuję dziecko
Postanowiłam, że tak tego nie zostawię. Dzisiaj rano natychmiast pojechałam do szkoły, poszłam prosto do gabinetu dyrektora i zażądałam przeprosin. Nauczycielka z wielkim fochem stwierdziła, że działała dla dobra dziecka i nie widzi w swoich słowach nic złego. Dyrekcja oczywiście zaczęła ją tłumaczyć, mówiąc, że powinnam podejść do tematu z większym spokojem, bo szkoła po prostu promuje zdrowy styl życia.
Ja jednak nie zamierzam milczeć. Nie pozwolę, żeby ktoś niszczył moją godność. Apeluję do wszystkich mam: przestańmy dawać przyzwolenie na to, by nauczyciele traktowali nas jak bezradne uczennice, które można bezkarnie pouczać i rozstawiać po kątach.
Sylwia K.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Wrócił z wycieczki i zapytał, czy pójdzie do piekła. „Zamarłam na wieść o tym, co robiła nauczycielka”