Reklama

Naprawdę długo gryzłam się w język, bo chodzi o rodzinę. Córka mojej siostry ciotecznej w tym roku przystąpiła do komunii, a ja jestem jej matką chrzestną. Z kuzynką od zawsze byłyśmy blisko – praktycznie wychowywałyśmy się razem, bo nie mam rodzeństwa. Dlatego nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad prezentem. Dałam Madzi 1000 zł w kopercie, bo uznałam, że tak wypada. Do tego dokupiłam medalik pamiątkowy, a on też nie był tani, no i bukiet symbolicznie, za dodatkowe 100 zł.

Przyjęcie odbyło się w restauracji i już po wejściu poczułam lekkie rozczarowanie. Żadnych dekoracji, żadnej oprawy, nawet zwykłego kącika do zdjęć. Dzieci siedziały znudzone przy stołach, dorośli patrzyli po sobie, a atmosfera była bardziej jak na stypie niż na ważnym rodzinnym wydarzeniu.

Potem wjechał obiad. Najpierw rosół – blady, jakby gotowany na kostce rosołowej. Drugie danie? Jakieś roladki i kurczak. Żadnej porządnej polędwicy, żadnego łososia, niczego, co sprawiałoby wrażenie odświętnego obiadu. Do tego skromny tort i kawa. I to wszystko.

Skoro oczekuje się grubych kopert, to ja też mogę mieć oczekiwania

Wiem, że wiele osób oburzy się na moje słowa. Zaraz przeczytam, że „komunia nie jest od jedzenia”, że „liczy się sakrament”, że „najważniejsze są dzieci”. Oczywiście, że tak. Tylko dlaczego w takim razie od chrzestnych oczekuje się dziś prezentów za tysiąc czy dwa tysiące złotych?

Mam wrażenie, że rodziny same napędziły ten absurd. Goście mają dawać coraz więcej pieniędzy, najlepiej markowe prezenty, złoto albo elektronikę, ale kiedy przychodzi do organizacji przyjęcia, nagle wszyscy udają, że „skromność jest najważniejsza”.

Przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś zaprasza kilkanaście czy kilkadziesiąt osób i przyjmuje od nich koperty pełne pieniędzy, to chyba powinien zadbać o coś więcej niż rosół i dwa kawałki kurczaka.

Nie chodzi nawet o luksusy. Chodzi o zwykłą klasę i szacunek do gości. Coraz częściej mam wrażenie, że komunie stały się po prostu biznesem. Rodzina ma przynieść pieniądze, szybko zjeść obiad i wracać do domu.

Po dwóch godzinach wszyscy się rozchodzili

Najbardziej zdziwiło mnie to, że całe przyjęcie skończyło się błyskawicznie. Minęły może dwie godziny i ludzie zaczęli zakładać kurtki. Nie było żadnych atrakcji, muzyki, nawet chwili, żeby naprawdę posiedzieć razem. Dzieci się nudziły, dorośli zerkali na zegarki.

Pomyślałam wtedy, że coś się kompletnie odwróciło. Kiedyś komunia była prawdziwym rodzinnym świętem. Było uroczyście, odświętnie, wszyscy chcieli celebrować ten dzień. Teraz coraz częściej wygląda to jak obowiązek do odhaczenia: „koperta przyjęta, obiad wydany, do widzenia”.

I może zabrzmi to brutalnie, ale drugi raz chyba nie dałabym już takiej kwoty. Bo skoro od gości oczekuje się hojności, to organizatorzy też powinni pokazać, że zależy im na czymś więcej niż szybkim zebraniu pieniędzy od rodziny.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...