Reklama

Piszę do Państwa anonimowo, bo gdybym podpisała ten list swoim imieniem i nazwiskiem, w mojej szkole wybuchłby gigantyczny skandal, a rodzice prawdopodobnie zjedliby mnie podczas kolejnego apelu. Jestem nauczycielką biologii w szkole podstawowej z dwudziestoletnim stażem i co roku w czerwcu przeżywam dokładnie to samo przedziwne zjawisko.

Scena zawsze wygląda identycznie: oficjalne podziękowania, uściski dłoni, a potem uczniowie zasypują mnie dziesiątkami ciężkich, drogich i wymyślnych bukietów, na które ich rodzice wydali w kwiaciarniach małą fortunę. Postanowiłam napisać ten list, żeby głośno odpowiedzieć na pytanie, które rzadko pada na głos, a mianowicie: co robię z tymi wszystkimi wiązankami? A czego spodziewacie się po kobiecie, która po wyjściu ze szkoły musi jakoś dotrzeć do domu z kilogramami więdnących roślin w rękach?

Kwiaty na zakończenie roku, czyli czerwcowy koszmar w kwiaciarniach

Rodzice i dzieci żyją w głębokim przekonaniu, że te wszystkie róże, goździki i gerbery to dla nas szczyt marzeń i najpiękniejszy dowód wdzięczności za cały rok ciężkiej pracy. Rzeczywistość jest jednak brutalna i niezwykle logistyczna. Kiedy kończy się oficjalna część uroczystości, zostaję w pustawej klasie z gigantyczną górą roślin, z którymi kompletnie nie mam co zrobić.

Nie mam w gabinecie trzydziestu wazonów, nie mam nawet tylu wiader, żeby zabezpieczyć je przed natychmiastowym uschnięciem w czerwcowym upale. Co roku pakuję te naręcza do wielkich toreb i taszczę je z wysiłkiem do samochodu, czując się bardziej jak zaopatrzeniowiec giełdy kwiatowej niż pedagog.

Prawda jest taka, że większość tych pięknych bukietów ląduje w kontenerze na śmieci tuż za rogiem szkoły. Zostawiam sobie zazwyczaj jeden, góra dwa najskromniejsze, a cała reszta, warta setki złotych, po prostu marnuje się w śmietniku. Doskonale wiem, jak okrutnie to brzmi w oczach kogoś, kto rano stał w gigantycznej kolejce do kwiaciarni i płacił krocie za każdą gałązkę. Jednak fizycznie nie jestem w stanie upchnąć w swoim dwupokojowym mieszkaniu botanicznego ogrodu, który po trzech dniach zamienia się w gnijącą, śmierdzącą masę, trudną do uprzątnięcia.

Smutna prawda o bukietach od uczniów

W mojej pamięci wyrył się jeden, wyjątkowo bolesny czerwiec sprzed kilku lat, który całkowicie zmienił moje podejście do tych wszystkich prezentów od uczniów. Był to pierwszy koniec roku szkolnego po nagłej śmierci mojego męża, kiedy moje serce było w całkowitej rozsypce, a ja musiałam stać na scenie i sztucznie uśmiechać się do kamer i rodziców. Dostałam wtedy rekordową liczbę przepięknych bukietów, które wyglądały niezwykle majestatycznie, a mi kojarzyły się tylko z jednym. Zamiast wyrzucić je do osiedlowego kosza, zapakowałam całe to naręcze do bagażnika i pojechałam prosto na cmentarz, żeby ułożyć je na grobie mojego małżonka.

Obłożyłam całą płytę nagrobną kwiatami od moich uczniów i stałam tam przez godzinę, płacząc nad tym, jak przedziwnie plecie się ludzki los. Z jednej strony czułam ogromne zażenowanie, że zanoszę na cmentarz prezenty, które dzieci wręczyły mi w przypływie wdzięczności. Z drugiej strony poczułam dziwną ulgę, że te rośliny chociaż raz zyskały jakiś głębszy, symboliczny sens i nie zgniły bezużytecznie w plastikowym kontenerze na odpady. Od tamtej pory, jeśli trafia mi się wyjątkowo piękny i trwały bukiet, zdarza mi się powtórzyć ten gest, bo dla mnie to o wiele lepsze rozwiązanie niż bezduszne wyrzucenie do śmietnika.

Co zamiast kwiatów dla nauczyciela na koniec roku?

Mój list nie ma na celu obrażenia jakichkolwiek intencji rodziców czy pokazania, że nauczyciele są bezdusznymi potworami pozbawionymi uczuć. Chcę po prostu zapoczątkować ważną dyskusję o tym, jak bardzo marnujemy pieniądze i energię na coś, co z założenia ma niezwykle krótki termin ważności. Jeśli naprawdę chcecie Państwo podziękować wychowawcy za trud włożony w edukację Waszych dzieci, zrezygnujcie z tych wielkich, niepraktycznych wiązanek, które tylko generują potężny stres logistyczny.

Postawcie na coś, co zostanie z nami na długo i nie wymaga natychmiastowego szukania wiadra z wodą. Jedna, skromna róża od całej klasy w zupełności wystarczy, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można przeznaczyć na piękną książkę z dedykacją od dzieci, bon do księgarni albo wspólną wpłatę na schronisko dla zwierząt. Taki gest zapamiętam do końca życia, a kartkę z podpisami moich wychowanków schowam do szuflady i będę do niej wracać w trudnych chwilach. Błagam, oszczędźcie nam czerwcowego dźwigania więdnących róż i pozwólcie, by koniec roku kojarzył się z autentyczną ulgą, a nie z wyrzutami sumienia przy osiedlowym śmietniku.

Z poważaniem,

Ewa, nauczycielka biologii


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Koniec z szybkim usprawiedliwianiem nieobecności w szkole. MEN: rodzice muszą podać powód

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...