Reklama

Mniej więcej 60 procent lekcji w tym tygodniu to były zwykłe, bezwartościowe zastępstwa z przypadkowymi osobami, na których dzieci nie realizują absolutnie żadnego materiału, a jedynie oglądają bajki na ekranie albo bez celu siedzą na boisku szkolnym. Jako matka dbająca o przyszłość swojego dziecka uważam, że to jest absolutny skandal i lekceważenie naszych starań, a nauczyciele oraz dyrekcja mogliby się po prostu bardziej postarać, zamiast wiecznie zasłaniać się problemami kadrowymi i chorobami.

Szkoła powinna uczyć i przygotowywać do egzaminów, a obecnie stała się darmową, kiepsko zorganizowaną przechowalnią, w której młodzi ludzie marnują najważniejsze godziny swojego dnia na siedzenie pod ścianą z telefonami w dłoniach, bo nikt nie ma dla nich czasu ani pomysłu na konstruktywne zajęcia.

Szkolna codzienność, czyli seanse filmowe zamiast matematyki i języka polskiego

To, co dzieje się na korytarzach placówki mojego syna, przechodzi już wszelkie pojęcie i przypomina wieczne, niekończące się wakacje w środku roku szkolnego. Kiedy pytam dziecko, co dzisiaj robili na matematyce czy języku polskim, regularnie słyszę, że pani znowu nie było, a na zastępstwo przyszedł pan od wychowania fizycznego albo pani z biblioteki. Zamiast uczyć się ułamków, pisać dyktanda czy omawiać lektury, klasa dostaje polecenie włączenia jakiegoś filmu na YouTube, wyciągnięcia kolorowanek albo po prostu wyjścia na dwór, byle tylko nie robili hałasu w budynku.

Rozumiem, że każdy ma prawo do przeziębienia czy trudnej sytuacji losowej, ale kiedy sytuacja powtarza się co tydzień i dotyczy większości kluczowych przedmiotów, to znaczy, że system całkowicie przestał działać. Nauczyciele idą na łatwiznę − zostawiają w zastępstwie kartki z poleceniem, by dzieci powtórzyły stary materiał, co w praktyce oznacza czterdzieści pięć minut krzyku i rzucania papierkami, bo nikt tego nie kontroluje. Moje dziecko wraca do domu znudzone, rozkojarzone i z ogromnymi zaległościami, które potem ja, jako matka, muszę nadrabiać z nim po nocach w pokoju, tracąc własny czas i resztki cierpliwości.

Odrabianie zaległości domowych kosztem wolnego czasu rodzin

Najgorsze w tym edukacyjnym chaosie jest to, że podstawa programowa jest nieubłagana i na koniec semestru każdy uczeń zostanie rozliczony z wiedzy, której w szkole nikt mu nie przekazał. Skoro szkoła nie realizuje tematów przez masowe nieobecności kadry, cały ten ciężar edukacyjny zostaje bezczelnie przerzucony na barki nas, zmęczonych życiem i pracą rodziców. Spędzam popołudnia na tłumaczeniu synowi zasad gramatyki, historii i przyrody, czując, że wyręczam w obowiązkach ludzi, którzy biorą za to co miesiąc państwowe pensje.

Uważam, że dyrekcja i grono pedagogiczne powinni wykazać się większą kreatywnością i dojrzałością organizacyjną w takich kryzysowych momentach roku. Jeśli nauczyciela matematyki nie ma przez dwa tygodnie, to na zastępstwo powinien przyjść inny matematyk i pchać materiał do przodu, a nie plastyk, który każe dzieciom rysować domki na kartkach w kratkę. Szkoła ma obowiązek zapewnić ciągłość nauki, a nie tylko bezpieczeństwo fizyczne w murach budynku, bo od edukacji zależy to, jak te dzieci poradzą sobie w starszych klasach i na ważnych egzaminach państwowych.

Brak szacunku do nauki i dewaluacja autorytetu nauczyciela

Taki stan rzeczy uczy młode pokolenie bardzo niebezpiecznych nawyków, pokazując im, że szkoła to miejsce, gdzie można bezkarnie zbijać bąki i ignorować obowiązki. Dzieci szybko orientują się, że zastępstwa to czas bezkarności, na którym nic się nie wymaga, przez co całkowicie tracą szacunek do autorytetu instytucji oraz samych pedagogów. Kiedy w końcu wraca stały nauczyciel, musi poświęcić połowę lekcji na zaprowadzenie jakiejkolwiek dyscypliny w grupie, która przez tydzień biegała samopas po szkolnym boisku pod okiem przypadkowego opiekuna.

Problem wiecznych zastępstw i odwoływanych lekcji dotyczy tysięcy placówek publicznych w całym kraju. Rodzice nie mogą dłużej milczeć i udawać, że wszystko jest w porządku, podczas gdy poziom nauczania w Polsce drastycznie spada przez organizacyjną bezradność dyrektorów. Nauczyciele muszą zacząć się bardziej starać, szanować czas naszych dzieci i dbać o to, by każda godzina spędzona w ławce była autentyczną lekcją, a nie tylko smutnym odhaczeniem obecności w elektronicznym dzienniku.

Ela


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Nowy rok szkolny dobije rodziców. „Aż 187 dni laby od nauki. Mam się zwolnić z pracy?”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...