Dzieci dostaną książki na koniec roku szkolnego. Matka: „Ale wymyślili! Wolałabym bon do Rossmanna”
Czy tradycyjne nagrody książkowe na zakończenie roku szkolnego to wciąż dobry pomysł, czy może archaiczny przeżytek, który tylko marnuje pieniądze z klasowej składki? Poznaj pełen emocji list mamy, która głośno mówi o potrzebie zmian i proponuje, by zamiast kolejnych zakurzonych tomów, rodzice dostawali praktyczne bony na codzienne zakupy.

Droga Redakcjo! Nadal nie mogę dojść do siebie przez to, jak bezmyślnie inni rodzice szafują naszymi wspólnymi pieniędzmi. Zbliża się koniec roku szkolnego, więc jak zwykle wjechał temat nagród dla dzieciaków z klasy mojego dziewięcioletniego syna. Byłam święcie przekonana, że w dzisiejszych czasach ludzie pójdą po rozum do głowy i wymyślą coś nowoczesnego, co faktycznie przyda się w domu i odciąży nasz napięty budżet domowy.
Gdzie tam, komitet rodzicielski z wielką dumą ogłosił, że tradycji musi stać się zadość i każde dziecko dostanie opasłą, ciężką książkę w twardej oprawie. Jak to usłyszałam, to aż mi ręce opadły z bezsilności, bo w domu mam już całą stertę tych nikomu niepotrzebnych encyklopedii i opowiadań z poprzednich lat, które tylko zbierają kurz.
Otwarcie powiedziałam na forum, że ja wolałabym bon do Rossmanna za te same pieniądze, bo to jest sto razy bardziej praktyczne i przynajmniej poszłoby na rzeczy, których codziennie używamy. Oczywiście inne matki od razu wsiadły na mnie, że jestem materialistką, nie dbam o rozwój intelektualny dziecka i myślę tylko o sobie, a dla mnie to jest po prostu czysty pragmatyzm w tych drogich czasach.
Tradycyjne nagrody książkowe w szkole to marnowanie pieniędzy rodziców?
Moje dziecko na widok kolejnej książki ma po prostu minę, jakby miało za chwilę załamać się z nudów, bo umówmy się, dzisiejsze dziewięciolatki żyją w zupełnie innym świecie i czytanie lektur przez całe wakacje to dla nich katorga. Olek po prostu rzuci ten prezent w kąt pokoju zaraz po powrocie ze szkoły, zapomni o nim po pięciu minutach i znowu odpali konsolę albo telefon.
I na to idą nasze ciężko zarobione pieniądze ze składek, na które co miesiąc muszę wygospodarować grosz z pensji, rezygnując z własnych drobnych przyjemności? To jest dla mnie kompletny bezsens, totalne marnotrawstwo i brak jakiejkolwiek elastyczności ze strony innych rodziców, którzy żyją chyba w poprzednim stuleciu. Książki w dzisiejszych czasach są absurdalnie drogie, a ich wartość użytkowa dla przeciętnego dzieciaka jest praktycznie zerowa, zwłaszcza gdy są wybierane masowo, bez uwzględnienia zainteresowań konkretnego ucznia.
Karta podarunkowa do drogerii zamiast książki to strzał w dziesiątkę?
Gdyby trójka klasowa posłuchała mojej propozycji i kupiła każdemu uczniowi kartę podarunkową do popularnej drogerii, cała rodzina miałaby z tego realny pożytek przed wakacyjnymi wyjazdami. Przecież w takim sklepie są nie tylko kosmetyki dla dorosłych, ale całe mnóstwo rzeczy dla samych dzieciaków − od fajnych żeli pod prysznic z postaciami z bajek, przez szczoteczki elektryczne, aż po kremy z filtrem na plażę, które i tak muszę kupić przed urlopem.
Poza tym, umówmy się, jako matka też mam prawo coś z tego życia mieć za to, że przez cały rok szkolny goniłam z młodym lekcje, robiłam projekty i stresowałam się każdym sprawdzianem. Taki bon do Rossmanna pozwoliłby mi bez wyrzutów sumienia kupić sobie fajny balsam, perfumy czy maseczkę na twarz, żeby w końcu odpocząć po tym całym rocznym kieracie. To byłaby taka sprawiedliwa nagroda dla całego domu za trudy edukacji, a nie kolejny papierowy klamot, który zajmuje tylko cenne miejsce na regale w małym mieszkaniu.
Czy to nowoczesne podejście do prezentów szkolnych?
Na klasowej grupie wybuchła przez to awantura, bo najgłośniejsze mamuśki zaczęły mnie publicznie linczować i wyzywać od roszczeniowych egoistek, które chcą okradać własne dziecko z kultury. Napisałam im krótko i dosadnie, że czas zejść na ziemię, przestać udawać wielką inteligencję na pokaz i zacząć liczyć się z groszem, bo życie to nie jest bajka. Napisałam nawet do dyrekcji z zapytaniem, czy mogę indywidualnie wypisać się z tej składki na książkę i odebrać ekwiwalent w gotówce lub po prostu kupić synowi to, co sama uważam za stosowne.
Apeluję do wszystkich pragmatycznych mam: nie bójcie się głośno mówić o swoich potrzebach i przestańcie dawać się terroryzować tym wszystkim staroświeckim komitetom rodzicielskim. Prezent na koniec roku szkolnego powinien nieść ze sobą realną radość i korzyść, a nie być kolejnym nudnym obowiązkiem, na który wydajemy setki złotych bez żadnej refleksji. To my, rodzice, najlepiej wiemy, czego w danym momencie potrzebują nasze domy i nasze dzieciaki do szczęścia.
Renata
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl