Nauczyciele wstawiają za to jedynki, chociaż nie mogą. „Nagminne łamanie prawa”
To jeden z tych szkolnych tematów, które wracają jak bumerang. Jedynka za brak zeszytu. Jedynka za brak podręcznika. Jedynka „wychowawcza”, żeby dziecko „zapamiętało na przyszłość”.

W teorii to drobiazg. W praktyce – coś, co potrafi wywołać ogromne emocje. I coraz częściej pytanie: czy to w ogóle jest zgodne z prawem? Odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.
Co tak naprawdę można oceniać?
Z perspektywy szkoły wszystko wydaje się jasne – uczeń powinien być przygotowany do lekcji. Powinien mieć zeszyt, podręcznik, przybory.
Ale przepisy mówią o czymś innym. Zgodnie z art. 44b ustawy o systemie oświaty ocenianiu podlegają osiągnięcia edukacyjne ucznia, czyli to, co wie i potrafi. Wiedza, umiejętności, postępy.
Brak zeszytu nie jest wiedzą. Brak podręcznika nie jest umiejętnością. To może być problem organizacyjny, zapomnienie, czasem zwykły błąd. Ale nie jest podstawą do oceny w rozumieniu przepisów. I właśnie tu zaczyna się zgrzyt między teorią a praktyką.
„Tak się zawsze robiło”
Wielu nauczycieli nie ukrywa, że jedynki za brak przygotowania są formą dyscyplinowania uczniów. „Inaczej nie zapamiętają” – to zdanie słyszałam już często.
Z jednej strony trudno nie rozumieć tej perspektywy. Szkoła to system, który wymaga organizacji, odpowiedzialności, przygotowania. Z drugiej – coraz więcej rodziców i uczniów zaczyna pytać, czy taka metoda jest właściwa. Bo jeśli ocena ma odzwierciedlać wiedzę, to czy powinna być narzędziem wychowawczym?
I czy „jedynka za brak zeszytu” nie jest w rzeczywistości czymś innym, niż powinna być?

Co na to rodzice?
W moich rozmowach z rodzicami pojawia się jeden wspólny wątek – poczucie niesprawiedliwości.
„Moje dziecko znało materiał, było przygotowane, ale zapomniało zeszytu i dostało jedynkę. To łamanie prawa” – to zdanie słyszałam już wiele razy. Dla dziecka to sygnał: wysiłek nie ma znaczenia. Dla rodzica – frustracja, bo trudno wytłumaczyć, dlaczego coś, co nie dotyczy wiedzy, wpływa na ocenę.
Oczywiście, są też głosy przeciwne. Takie, które mówią: „Szkoła musi uczyć odpowiedzialności”. I to prawda. Pytanie tylko, czy ocena z matematyki czy języka polskiego powinna być narzędziem do nauki organizacji.
Gdzie jest granica?
Przyznam, że sama długo myślałam o tym temacie w prosty sposób. Brak zeszytu? Trzeba ponieść konsekwencje. Ale im więcej słucham historii uczniów i rodziców, tym bardziej widzę, że sprawa jest bardziej złożona. Szkoła to nie tylko miejsce przekazywania wiedzy. To też przestrzeń, w której dzieci uczą się, jak działa świat.
Jeśli dostają sygnał, że ocena może być oderwana od rzeczywistości, zaczynają ją traktować inaczej. Nie jako informację o wiedzy. Ale jako narzędzie nacisku.
Prawo a szkolna codzienność
Problem polega na tym, że przepisy to jedno, a praktyka – drugie. W wielu szkołach jedynki za brak zeszytu wciąż funkcjonują. Czasem pod inną nazwą, czasem jako „ocena za nieprzygotowanie”, czasem jako element systemu oceniania. I choć formalnie można to podważyć, w rzeczywistości niewielu rodziców decyduje się na takie kroki. Bo to oznacza konflikt. Rozmowy, tłumaczenia, czasem napięcie, którego chcemy uniknąć.
Jedynka z brak zeszytu to jeden z tych tematów, które nie mają prostego rozwiązania. Z jednej strony – potrzeba zasad, odpowiedzialności, przygotowania. Z drugiej – przepisy, które jasno określają, co powinno być oceniane.
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest dziecko i jego poczucie sprawiedliwości. Bo może najważniejsze pytanie nie brzmi „Czy można postawić jedynkę”. Tylko: „Co tak naprawdę chcemy tą jedynką przekazać?”.
Zobacz także: Zapasy rodziców z nauczycielami to nowy sport narodowy. Wiadomość z Librusa jeży włos na głowie