Nauczycielka: „Za prezenty od uczniów jeżdżę na all inclusive. Przynajmniej coś mam z tej marnej roboty”
Najpierw był wstyd. Potem zażenowanie. Dziś jest już tylko kalkulacja. Nauczycielka, która napisała do naszej redakcji, twierdzi, że coraz droższe prezenty od rodziców przestały ją szokować. Znalazła za to sposób, by przynajmniej częściowo zamienić je na coś, czego naprawdę potrzebuje.

Do naszej redakcji napisała nauczycielka klas 4-8 szkoły podstawowej z ponad 20-letnim stażem. W swoim mailu opowiada nie tylko o coraz droższych prezentach wręczanych pedagogom przez rodziców, ale też o zmęczeniu zawodem, który – jak twierdzi – dawno stracił dawny prestiż. Publikujemy anonimowo jej wiadomość.
„Nie mam już złudzeń co do tego zawodu”
Pracuję w szkole tak długo, żeby zauważać, że przez ten czas zmieniło się wszystko. Kiedy zaczynałam, byłam pełna energii i przekonana, że nauczyciel może naprawdę wpływać na życie dzieci. Zostawałam po godzinach, przygotowywałam dodatkowe materiały, wymyślałam projekty i szukałam sposobów, by zainteresować uczniów przedmiotem (polskim). Wierzyłam, że jeśli dam z siebie więcej, to zobaczę efekty.
Dziś nadal wykonuję swoją pracę najlepiej, jak potrafię. Przygotowuję lekcje, sprawdzam kartkówki, rozmawiam z uczniami i pomagam im, kiedy tego potrzebują. Różnica polega na tym, że nie mam już w sobie tej dawnej wiary, że warto walczyć o coś więcej. Zrozumiałam, że nauczyciel przestał być zawodem, który cieszy się szczególnym szacunkiem. Coraz częściej spotykam się z podważaniem kompetencji, pretensjami i oczekiwaniem, że szkoła rozwiąże wszystkie problemy wychowawcze, a jednocześnie nie będzie miała prawa niczego wymagać.
Nie chcę nikogo oskarżać ani narzekać na uczniów czy rodziców. Po prostu jestem zmęczona. Nie mam już siły udowadniać, że nauczyciel też jest człowiekiem. Nie mam ochoty uczestniczyć w kolejnych internetowych dyskusjach o tym, że pracujemy za mało albo mamy za dużo wolnego. Robię swoje, wracam do domu i staram się nie myśleć o tym, jak bardzo zmienił się ten zawód.
„Prezenty zaczęły przypominać pokaz możliwości rodziców”
Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie zaskoczyły w ostatnich latach, są prezenty dla nauczycieli. Kiedyś były to głównie kwiaty, czekoladki. Były symboliczne, ale miały ogromną wartość, bo rzeczywiście stanowiły wyraz wdzięczności.
Dzisiaj coraz częściej mam wrażenie, że niektóre klasy organizują nie podziękowanie dla nauczyciela, lecz pokaz możliwości finansowych rodziców. Z roku na rok upominki stają się coraz bardziej kosztowne, zwłaszcza te po 8 klasie (kiedyś 6). Zdarzają się markowe kosmetyki, biżuteria, vouchery do drogich restauracji, pakiety zabiegów w spa czy rozbudowane kosze prezentowe. Patrzę na to wszystko i zastanawiam się, kiedy przekroczyliśmy granicę między miłym gestem a niezdrową rywalizacją.
Na początku było mi bardzo niezręcznie. Wręcz czułam zażenowanie. Nie wiedziałam, jak reagować, kiedy dostawałam coś, co kosztowało kilkaset złotych. Miałam poczucie, że taki prezent jest po prostu niepotrzebny. Jednocześnie trudno odmówić jego przyjęcia, kiedy wręcza go cała klasa.
„Zrozumiałam, że mogę przynajmniej coś z tego mieć”
Po kilku latach przestałam się jednak tym przejmować. Skoro rodzice i tak organizują coraz droższe prezenty, niezależnie od tego, co nauczyciel na ten temat myśli, postanowiłam przestać udawać, że wszystkie te rzeczy są mi potrzebne.
W tym roku z okazji Dnia Nauczyciela dostałam voucher do spa o wartości 500 zł. Sprzedałam go za 400 zł, a pieniądze trafiły do słoika, który od dawna stoi w mojej kuchni. Na słoiku jest napis „wakacje” i regularnie wrzucam tam drobne kwoty, kiedy uda mi się coś odłożyć.
W zeszłym roku dostałam pozłacaną bransoletkę. Była ładna, ale kompletnie nie w moim stylu. Po kilku tygodniach wystawiłam ją na Vinted i sprzedałam. Pieniądze znowu zasiliły mój wakacyjny fundusz.
Nie robię tego ze złośliwości ani chciwości. Po prostu nie potrzebuję tych wszystkich drogich przedmiotów. O wiele bardziej cieszy mnie bukiet kwiatów, który mogę postawić w salonie, niż kosztowny gadżet wybrany przez komitet rodzicielski. Skoro jednak taki trend już istnieje i nic nie wskazuje na to, by miał się skończyć, postanowiłam przynajmniej wyciągnąć z niego jakąś korzyść.
Czasami żartuję do koleżanek, że wakacje all inclusive fundują mi rodzice moich uczniów. Oczywiście jest w tym spora przesada, bo z takich prezentów nie uzbiera się na luksusowe życie. Ale jest też odrobina prawdy. W pewnym momencie przestałam patrzeć na te upominki jak na wyraz wdzięczności, a zaczęłam traktować je jak kolejny dziwny element rzeczywistości szkolnej.
Komentarz redakcji
List tej nauczycielki można odczytać jako historię o zmęczeniu zawodem, ale także jako sygnał, że kultura wręczania prezentów w szkołach zaczyna wymykać się spod kontroli. Coraz częściej słyszymy o kosztownych voucherach, markowych kosmetykach czy biżuterii wręczanej nauczycielom przy okazji różnych szkolnych uroczystości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w niektórych klasach przestaje chodzić o podziękowanie, a zaczyna o demonstrację możliwości finansowych rodziców.
Być może warto wrócić do tego, co przez lata sprawdzało się najlepiej. Do kwiatów, własnoręcznie wykonanych laurek, symbolicznych upominków i szczerych słów wdzięczności. Takie gesty nie stawiają nikogo w niezręcznej sytuacji, nie wywołują presji i nie zamieniają szkolnych podziękowań w konkurs na najdroższy prezent. Nauczyciele zasługują na szacunek i docenienie swojej pracy, ale nie powinno się go mierzyć wartością vouchera ani ceną biżuterii.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Wrócił z wycieczki i zapytał, czy pójdzie do piekła. „Zamarłam na wieść o tym, co robiła nauczycielka”