Reklama

Piszę do Państwa, ponieważ jako matka siódmoklasisty czuję, że z każdym kolejnym dniem czerwca wzbiera we mnie coraz większa złość i totalna bezsilność wobec tego, jak funkcjonuje nasz system edukacji. Jesteśmy na początku czerwca, pogoda za oknem jest przepiękna, a w szkole mojego syna właśnie nastąpił moment, który co roku budzi we mnie ten sam potężny bunt.

Rady klasyfikacyjne zaraz się odbędą, oceny końcowe zostały wystawione, co oznacza, że dla nauczycieli i dyrekcji rok szkolny w gruncie rzeczy dobiegł końca. Od tego momentu moje dziecko oraz cała jego klasa codziennie chodzą do szkoły wyłącznie po to, by przez siedem godzin lekcyjnych zbijać bąki, nudzić się i patrzeć w sufit. Jestem tym faktem głęboko oburzona i chcę to głośno wykrzyczeć: robią ze szkoły świetlicę i darmową przechowalnię, kompletnie marnując potencjał oraz cenny czas młodych ludzi, którzy mogliby w tym okresie robić mnóstwo rozwijających rzeczy.

Czerwcowa fikcja w szkołach, czyli maraton filmowy zamiast lekcji

Codzienny poranek mojego syna wygląda teraz jak ponury żart z instytucji, za którą przecież wszyscy płacimy podatki. Budzę go o siódmej rano, on z ciężkim westchnieniem bierze pusty plecak, bo podręczniki i ćwiczenia zostały już oddane do biblioteki, po czym idzie na lekcje, na których nie dzieje się absolutnie nic merytorycznego. Zamiast matematyki, geografii czy języka polskiego, uczniowie mają włączany rzutnik i po raz dziesiąty w tym miesiącu oglądają jakieś losowe filmy animowane albo komedie, podczas gdy nauczyciel siedzi przy biurku i wypełnia dokumentację w komputerze.

Gdy pytam syna po powrocie do domu, czego się dzisiaj dowiedział, tylko macha ręką i mówi, że znowu grali w karty, siedzieli na telefonach albo pan pozwolił im po prostu rozmawiać, byle tylko zachowywali się w miarę cicho. Rozumiem, że nauczyciele są zmęczeni po całym roku i mają mnóstwo biurokracji do ogarnięcia przed radą pedagogiczną. Jednak trzymanie nastolatków w zamkniętych, dusznych salach lekcyjnych przez niemal cztery tygodnie po to, by udawać, że proces dydaktyczny wciąż trwa, to zwyczajna kpina z rodziców i z samych uczniów.

W szkole marnują cenny czas uczniów

Najbardziej przeraża mnie fakt, jak potężne ilości czasu marnujemy w tym chorym schemacie i nikt nie próbuje go zmienić. Skoro program nauczania został zrealizowany, a oceny są już niezmienne, dlaczego ten czerwcowy czas nie może zostać wykorzystany na zupełnie inne, nieszablonowe formy edukacji? Szkoła mogłaby w te dni organizować warsztaty z pierwszej pomocy, lekcje przedsiębiorczości, wyjścia do muzeów, kin, teatrów, wspólne projekty ekologiczne w plenerze czy chociażby turnieje sportowe na świeżym powietrzu.

Zamiast tego mamy do czynienia z totalnym bezwładem i podejściem pod tytułem: odsiedź swoje i daj nam święty spokój, dopóki nie zabrzmi ostatni dzwonek przed wakacjami. To uczy młodzież najgorszych możliwych nawyków, pokazuje im, że instytucja publiczna może legalnie marnować ich energię i że chodzenie do pracy czy szkoły bywa jedynie bezcelowym obowiązkiem polegającym na mechanicznym zaliczaniu godzin. Moje dziecko wraca do domu skrajnie zmęczone tą bezczynnością, rozdrażnione i znudzone, a ja muszę stawać na rzęsach, by motywować go do porannego wstawania, skoro on sam doskonale wie, że jego obecność tam nie ma żadnego głębszego sensu.

Szkoła w czerwcu zmienia się w przechowalnię

Ta czerwcowa świetlica rodzi również ogromne frustracje logistyczne w wielu domach, bo rodzice muszą na siłę organizować opiekę i zmuszać dzieci do uczestnictwa w tym udawanym procesie szkolnym. Jeśli jako matka zdecyduję, że nie puszczę syna do szkoły przez ostatnie dwa tygodnie czerwca, bo wolę, żeby odpoczął w domu lub pojechał do dziadków na wieś, natychmiast łapię się na myśli, że spadnie mu frekwencja i będą problemy z zachowaniem.

Apeluję do Ministerstwa Edukacji oraz do dyrektorów placówek za pośrednictwem tego listu: skończcie z tą czerwcową fikcją, która niszczy resztki szacunku do polskiej szkoły. Jeśli nie potraficie zorganizować dzieciom wartościowego, bezpiecznego i kreatywnego czasu po wystawieniu stopni, to po prostu skróćcie rok szkolny do końca maja albo pozwólcie rodzicom na legalne wypisywanie dzieci z tych bezcelowych zajęć. Przestańmy udawać, że oglądanie filmów z internetu w dusznej klasie to jest realizowanie obowiązku szkolnego, bo czerwiec w obecnym wydaniu to po prostu katorga i gigantyczne marnotrawstwo potencjału młodego pokolenia.

Lena, mama siódmoklasisty


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Nauczycielka: „Współcześni rodzice wychowują pokolenie fajtłap. Wystarczy zajrzeć do ich walizek”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...