Wakacje się nie skończyły, a już nie ma miejsc na korepetycje. „Rodzice powariowali”
Korepetycje przestają być usługą dla uczniów, którzy mają problemy z konkretnym przedmiotem. Coraz częściej stają się stałym elementem edukacji – także dla dzieci, które radzą sobie dobrze. Popyt jest tak duży, że część korepetytorów już w wakacje nie ma wolnych terminów na cały rok szkolny.

Kiedyś korepetytor pojawiał się wtedy, gdy dziecko przynosiło do domu kolejną jedynkę albo zbliżał się ważny egzamin. Dziś coraz częściej nie czekamy na problem. Korepetycje rezerwujemy z wyprzedzeniem, najlepiej jeszcze zanim zacznie się rok szkolny. Niektórzy rodzice mówią o rozsądnej inwestycji w przyszłość. Inni – o edukacyjnym wyścigu, który sami sobie nakręcamy.
„Rodzic ma obowiązek zadbać o edukację dziecka”
Pani Karolina, mama 13-letniej córki, nie ma wątpliwości, że dodatkowe zajęcia są potrzebne. Korepetytora na nowy rok szkolny zaczęła szukać jeszcze pod koniec czerwca.
– Wiedziałam, że nie będę czekać do września. Dobry korepetytor ma zajęte terminy bardzo szybko. Córka będzie miała więcej materiału, a ja nie zamierzam potem patrzeć bezradnie, jak zaczyna mieć problemy.
Jej zdaniem rodzice nie mogą udawać, że wszystko zapewni szkoła.
– Poziom w szkołach jest, jaki jest. Klasy są liczne, nauczyciele mają dużo obowiązków, a niektórzy zwyczajnie nie przykładają się do pracy. Nie będę oczywiście wrzucać wszystkich do jednego worka, ale widzę, ile materiału moje dziecko musi później nadrabiać sama.
Karolina uważa, że płacenie za dodatkowe lekcje jest obowiązkiem rodzica.
– Skoro stać mnie na to, żeby dziecko miało lepsze warunki do nauki, to dlaczego miałabym z tego nie skorzystać? Nie chodzi o wyścig z innymi. Chodzi o zabezpieczenie przyszłości własnego dziecka.
Problem w tym, że takich rodziców jest coraz więcej.
„Wszyscy zapisują, więc ja też muszę?”
Pani Natalia, mama dwóch synów w wieku 9 i 12 lat, uważa, że właśnie tutaj zaczyna się problem.
– Mam wrażenie, że rodzice powariowali. Najpierw jedno dziecko chodzi na angielski, drugie na matematykę, potem okazuje się, że koleżanka ma jeszcze polski, więc my też dokładamy polski. I nagle dziecko ma szkołę, treningi, język, korepetycje i zadania domowe. Kiedy ono ma być po prostu dzieckiem?
Jej zdaniem część rodziców zaczęła traktować oceny jak najważniejszy wyznacznik sukcesu.
– Syn miał czwórkę z matematyki. I co? Mam od razu szukać korepetytora, żeby była piątka? Przecież ocena nie jest miarą wartości dziecka.
Natalia uważa też, że presja działa jak samonapędzająca się spirala.
– Jeśli połowa klasy chodzi na korepetycje, rodzic zaczyna myśleć: „Moje dziecko też musi, bo zostanie w tyle”. Potem wszyscy mają korepetycje i nagle brak korepetycji zaczyna być postrzegany jak zaniedbanie. To absurd.
Jej zdaniem dodatkowa pomoc ma sens, gdy dziecko rzeczywiście jej potrzebuje.
– Ale zapisywanie ośmiolatka na dodatkową matematykę na cały rok tylko dlatego, że inni tak robią? Dla mnie to przesada.
„W połowie lipca nie miałam już ani jednego terminu”
Pani Magdalena jest anglistką i od kilku lat prowadzi indywidualne korepetycje. Jak mówi, sama jest zaskoczona skalą zainteresowania.
– W połowie lipca nie miałam już wolnych terminów na rok szkolny 2026/2027. Dzwonili rodzice dzieci w różnym wieku. Nie tylko ósmoklasiści czy maturzyści. Coraz częściej zgłaszają się rodzice uczniów z podstawówki, którzy chcą po prostu, żeby dziecko „przełamało barierę językową, bo nauczyciele w szkole się nie nadają” – mówi.
Korepetytorka przyznaje, że część rodziców rezerwuje miejsce niejako „na wszelki wypadek”.
– Słyszę: „Nie wiemy jeszcze, czy będziemy potrzebować zajęć, ale chcemy mieć termin”. Bywa też, że rodzic mówi, że dziecko ma bardzo dobre oceny, ale chce utrzymać poziom.
Jej zdaniem popyt rzeczywiście jest ogromny.
– Mam wrażenie, że korepetycje przestały być kołem ratunkowym, a stały się częścią normalnej edukacji. I chyba właśnie dlatego rodzice zaczynają rezerwować je tak wcześnie.
Korepetycje jako druga szkoła?
Trudno dziś jednoznacznie powiedzieć, gdzie kończy się troska o edukację dziecka, a zaczyna presja.
Z jednej strony rodzice mają prawo szukać dla dzieci dodatkowego wsparcia, zwłaszcza jeśli uczeń rzeczywiście ma trudności albo przygotowuje się do ważnego egzaminu. Z drugiej – coraz wcześniejsze zapisy pokazują, że korepetycje zaczynają być traktowane również profilaktycznie. Nie dlatego, że dziecko sobie nie radzi, ale dlatego, że rodzic boi się, że za chwilę przestanie.
Być może właśnie to jest najbardziej niepokojące. Bo jeśli już w czerwcu trzeba zapewnić dziecku miejsce u korepetytora na wrzesień, to trudno oprzeć się wrażeniu, że szkoła coraz częściej jest dopiero pierwszym etapem edukacji, a właściwa nauka zaczyna się po lekcjach.
Zobacz także: