Reklama

Szanowna Redakcjo, piszę do Was, bo to, co dzieje się w polskim systemie edukacji, to absolutny skandal, który zmusza rodziców do kombinowania i podejmowania decyzji, o jakie nigdy byśmy się nie podejrzewali. Wynajęłam mieszkanie w zupełnie innej części miasta tylko po to, by mój syn mógł pójść do normalnej, kameralnej szkoły, bo rejonizacja, która obowiązuje w naszym kraju, to jedna wielka pomyłka.

Mój Adaś jest wrażliwym dzieckiem, a szkoła, do której przypisano nas z automatu ze względu na miejsce zamieszkania, to gigantyczny, przeładowany kołchoz na ogromnym osiedlu, gdzie dzieci uczą się na trzy zmiany. Kiedy poszłam tam na dni otwarte i zobaczyłam te tłumy na korytarzach, ten hałas i anonimowość, serce mi zamarło, bo wiedziałam, że mój syn po prostu zniknie w tym tłumie, a jego talenty i potrzeby zostaną zmielone przez system.

Rejonizacja to pomyłka, która odbiera rodzicom prawo wyboru

Nie rozumiem, dlaczego w wolnym kraju o tym, gdzie moje dziecko spędzi najważniejsze osiem lat życia, ma decydować kawałek papieru z adresem zameldowania, a nie realne potrzeby małego człowieka. Nasza szkoła rejonowa ma słabe wyniki w rankingach, świetlica pęka w szwach, a dzieci z klas pierwszych kończą lekcje o godzinie 17. To nie jest edukacja, to jest przechowalnia, w której nikt nie ma czasu na indywidualne podejście.

System rejonizacji jest sztywny, niesprawiedliwy i kompletnie nie bierze pod uwagę tego, że nie każda placówka pasuje do każdego dziecka. Poczułam się uwięziona we własnym domu, bo adres, z którego byłam tak dumna, nagle stał się przeszkodą w zapewnieniu Adasiowi bezpiecznej przyszłości.

Wynajęte mieszkanie to dla nas jedyny sposób na ucieczkę z kołchozu

Podjęliśmy z mężem trudną decyzję − skoro system nas blokuje, musimy go obejść dla dobra syna. Znaleźliśmy piękną, małą szkołę w starej dzielnicy, gdzie w klasach jest po piętnaście osób, a pani dyrektor zna każdego ucznia z imienia. Problem polegał na tym, że nie było tam wolnych miejsc dla dzieci spoza rejonu. Co zrobiliśmy? Wynajęliśmy kawalerkę w tamtej okolicy, tylko po to, by mieć umowę najmu i móc legalnie zapisać Adasia do tej placówki. Płacimy teraz co miesiąc ogromne pieniądze za mieszkanie, w którym prawie nie bywamy, tylko po to, by syn mógł uczyć się w spokoju i komforcie.

Czy to nie jest chore? Mamy swój dom, za który spłacamy kredyt, a musimy utrzymywać drugie lokum, bo państwo polskie uważa, że rejon to świętość. To jest haracz, który płacimy za marzenie o kameralnej edukacji.

Walka o dobro dziecka w systemie, który promuje molocha

Wielu znajomych mówi nam, że przesadzamy, że wszyscy chodzili do dużych szkół i żyją. Ale ja chcę, żeby moje dziecko rozwijało się w atmosferze szacunku i uważności. W tej małej szkole Adaś będzie się czuł jak w domu, a jego wrażliwość nie będzie tam problemem, lecz atutem. Rejonizacja promuje wielkie, bezosobowe placówki, w których łatwo przegapić problemy dziecka, a rodziców zmusza do takich desperackich kroków jak nasz. Jestem wściekła, że musiałam uciekać się do takich forteli, ale z drugiej strony czuję ulgę, bo widzę uśmiech na twarzy syna. Szkoda tylko, że w Polsce dobra, kameralna szkoła publiczna jest dostępna tylko dla tych, których stać na kombinowanie z adresem.

Apeluję do Redakcji − piszcie o tym częściej! Rejonizacja w obecnym wydaniu to krzywda dla dzieci i upokorzenie dla rodziców. Każdy z nas powinien mieć prawo zapisać dziecko do szkoły, która mu odpowiada, bez konieczności wynajmowania mieszkań widm i płacenia za systemową nieudolność.

Wiktoria


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Z 800 plus opłacam angielski i nic nie zostaje. Powinni dokładać jeszcze kilka stówek do korepetycji”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...