Reklama

Jestem mamą szóstoklasistki i cały czas przeżywam wycieczkę, którą młoda ma zaplanowaną na połowę czerwca. 4 dni w górach, noclegi w jakimś schronisku czy czymś takim, w programie zwiedzanie skansenu, jakiegoś muzeum czy dwóch, do tego spacery, kąpiel w potoku.

Żadne luksusy, taka trochę wycieczka, jakie ja pamiętam z czasów szkolnych. Tylko ta cena jak z kosmosu, jakby lecieli samolotem zagranicę, a nie jechali autokarem 350 km.

Zaczęłam się zastanawiać, skąd to się bierze. I odpowiedź przyszła bardzo szybko.

Biuro podróży zamiast szkoły

Okazało się, że wycieczka nie jest organizowana przez szkołę, tylko przez zewnętrzną firmę. Gotowy pakiet: transport, noclegi, wyżywienie, plan dnia. Nauczyciele właściwie mają się tylko opiekować i pilnować, żeby nie było draki.

I tu pojawia się moje pytanie – dlaczego nauczyciele sami nie zakasają rękawów i nie zaplanują wycieczki?

Zawsze się tak robiła, a teraz jakaś dziwna moda z tymi biurami podróży czy zewnętrznymi organizatorami. Przecież szkoła ma doświadczenie, zna dzieci, wie, czego potrzebują. Można znaleźć noclegi, zamówić autokar, zaplanować atrakcje bez pośredników, którzy doliczają swoją marżę.

Mam wrażenie, że dziś po prostu wybiera się najłatwiejszą opcję. Zamiast zaangażować się w organizację, zleca się wszystko firmie i problem znika.

Tylko że koszt zostaje – po stronie rodziców.

Płacimy za wygodę nauczycieli

Nie mam nic przeciwko temu, żeby wycieczki były dobrze zorganizowane. Ale mam problem z tym, że za tę „wygodę” płacimy coraz więcej. Bo nie oszukujmy się – korzystanie z zewnętrznych organizatorów zawsze oznacza wyższe koszty.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że nie dałoby się tego zrobić taniej. Przykro mi, ale uważam, że to nauczycielom się po prostu nie chce, leniwi są, mniej się starają, nie zależy im.

Kiedy rozmawiam z innymi rodzicami, słyszę to samo – coraz więcej osób rezygnuje z wyjazdów, bo po prostu ich na to nie stać. Dzieci zostają w domu, bo wycieczka staje się luksusem.

Czy naprawdę o to chodzi w szkolnych wyjazdach? Dla mnie wycieczka powinna być dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla tych, których rodziców stać na kolejną wysoką opłatę.

Kiedyś się dało

Pamiętam swoje szkolne wycieczki. Nauczyciele sami wszystko organizowali – szukali noclegów, planowali trasę, załatwiali transport. Dało się, bo wykazywali się zaangażowaniem.

Dziś mam wrażenie, że wygoda dorosłych wygrywa z realnymi możliwościami rodzin.

Nie twierdzę, że nauczyciele nie mają dużo pracy. Mają – i to ogrom. Ale czy naprawdę organizacja jednej wycieczki w roku to aż tak wielkie obciążenie? Czy nie warto się zaangażować, żeby dzieci mogły pojechać bez obciążania rodziców dodatkowymi kosztami?

Na końcu i tak to my płacimy rachunek.

Komentarz redakcji:

Rozumiemy frustrację związaną z rosnącymi kosztami wycieczek szkolnych, jednak warto pamiętać, że organizacja takich wyjazdów wiąże się dziś z dużą odpowiedzialnością prawną i logistyczną. Korzystanie z wyspecjalizowanych firm często wynika nie z „lenistwa”, lecz z troski o bezpieczeństwo dzieci oraz odciążenie nauczycieli, którzy i tak mają bardzo szeroki zakres obowiązków.

Zamiast obarczać ich winą, warto rozmawiać o systemowych rozwiązaniach, które pomogą obniżyć koszty i jednocześnie zapewnić uczniom bezpieczne i wartościowe wyjazdy.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Nauczycielka: „W majówkę dostałam bezczelnego SMS-a od matki. Aż zakrztusiłam się przy grillu”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...