Reklama

Była sobota, godzina 20:30. Siedziałam z mężem przy kolacji, próbowaliśmy choć na chwilę zapomnieć o trudnym tygodniu w szkole, o hałasie i setkach sprawdzianów. Nagle ekran rozświetlił SMS od matki jednego z moich czwartoklasistów: „Dobry wieczór, pani z plastyki coś mówiła o materiałach na poniedziałek, co to było? Bo my nic nie wiemy i nie mamy zakupów zrobionych”.

W pierwszej chwili chciało mi się krzyczeć, a w drugiej po prostu usiąść i płakać nad tym, jak bardzo współcześni rodzice stali się nieporadni i roszczeniowi. Czy ja naprawdę muszę w swój wolny czas, w środku weekendu, pilnować czyjegoś bloku rysunkowego i kleju w sztyfcie?

Szkoła stała się dla rodziców biurem obsługi klienta

To nie jest odosobniony przypadek, to plaga, która niszczy nasz zawód od środka. Rodzice oczekują, że wszystko zostanie im podane na tacy, najlepiej trzy razy przypomniane i jeszcze indywidualnie dostarczone do rąk własnych. Informacja o materiałach na plastykę wisiała w dzienniku elektronicznym od wtorku, dzieci miały ją zapisaną w zeszytach przedmiotowych, a dodatkowo wspomniałam o tym na lekcji wychowawczej. Mimo to matka ucznia uważa za stosowne atakować moją prywatność w sobotnią noc, bo oni nic nie wiedzą.

Ta bezradność dorosłych ludzi jest dla mnie przerażająca − zamiast nauczyć dziecko odpowiedzialności i sprawdzania planu, wolą przerzucić ten ciężar na nauczyciela. Czuję się nie jak pedagog, ale jak darmowa asystentka, która ma obowiązek być pod telefonem 24 godziny na dobę, by ratować kogoś przed skutkami własnego zapominalstwa.

Tylko usiąść i płakać nad brakiem granic

Najgorsze w tym wszystkim jest poczucie, że moje prawo do odpoczynku kompletnie się nie liczy. Kiedy nie odpisuję na takie wiadomości w weekend, w poniedziałek rano często spotykam się z pretensjami: „Przecież pisałam do pani, dlaczego pani nie pomogła?”. To jest emocjonalny szantaż, który sprawia, że nauczyciel nigdy nie wychodzi z pracy. Rodzice zapominają, że my też mamy dzieci, zakupy do zrobienia, starszych rodziców pod opieką i prawo do tego, by w sobotę wieczorem nie myśleć o tym, czy dany uczeń ma farby plakatowe.

Ta granica między sferą zawodową a prywatną została całkowicie zatarta przez komunikatory i roszczeniową postawę „Płacę podatki, więc wymagam”. Płakać mi się chce, gdy widzę, że dorośli ludzie nie potrafią zorganizować prostych zakupów bez prowadzenia za rękę przez wychowawcę.

Rodzice oczekują, że wszystko zrobi się za nich

Wychowujemy pokolenie dzieci, które o niczym nie muszą pamiętać, bo mama i tata załatwią to SMS-em do pani. Jeśli rodzic nie pilnuje terminów, nie sprawdza ogłoszeń i nie uczy dziecka samodzielności, to jaką lekcję dostaje ten młody człowiek? Że zawsze znajdzie się ktoś, kogo można obciążyć winą za własne gapiostwo. Ten żałosny SMS o liście zakupów to tylko czubek góry lodowej − dostaję pytania o to, co było zadane (choć jest w systemie), o której kończą lekcje (choć plan jest stały) i dlaczego dziecko dostało uwagę za brak przygotowania (choć materiały były zapowiedziane tydzień wcześniej).

Proszę Was, rodzice, opamiętajcie się. My, nauczyciele, kochamy swoją pracę i Wasze dzieci, ale nie jesteśmy robotami. Chcemy mieć prawo do niedzielnego spaceru bez drżenia na dźwięk telefonu i bez poczucia winy, że ktoś znowu o czymś zapomniał.

Aleksandra O.


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Ugotowała dziecku suchy makaron, bo nie chciało kotlecika. Oburzona babcia: „Dzisiejsi rodzice są słabi”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...