Reklama

Koszty szkolnej wyprawki co roku wywołują gorące dyskusje. Jedni rodzice przekonują, że świadczenie „Dobry Start”, czyli 300+, pokrywa tylko niewielką część wydatków. Inni twierdzą, że przy odrobinie planowania można kupić wszystko, co potrzebne, i nie wydawać fortuny. List naszej czytelniczki pokazuje właśnie to drugie spojrzenie. Nie każdy się z nim zgodzi, ale trudno odmówić jej jednego – przez lata wypracowała własny sposób na szkolne zakupy.

„Nie wierzę, że każda wyprawka musi kosztować majątek”

Mam dwóch synów. Starszy po wakacjach idzie do trzeciej klasy, młodszy zaczyna pierwszą. Już od kilku tygodni czytam w internecie wpisy rodziców, którzy pokazują paragony i piszą, że sama wyprawka kosztowała ich tysiąc albo nawet półtora tysiąca złotych. Za każdym razem przecieram oczy ze zdumienia, bo zwyczajnie nie wiem, co oni kupują swoim dzieciom.

Ja dostałam dwa świadczenia 300+. Za te pieniądze skompletowałam wyprawkę dla obu chłopców i naprawdę nie musiałam dokładać z domowego budżetu ani złotówki. Co więcej, trochę pieniędzy jeszcze zostało. Nie piszę tego po to, żeby się chwalić, ale dlatego, że mam wrażenie, iż wielu rodziców samo wpędza się w niepotrzebne wydatki.

Nigdy nie czekam do końca sierpnia. Już w czerwcu zaglądam do gazetek i sprawdzam promocje. Kiedy zeszyty kosztują po złotówce, kupuję od razu cały komplet. To samo robię z blokami, kredkami, farbami czy plasteliną. Dzięki temu nie płacę dwa albo trzy razy więcej tylko dlatego, że zbliża się pierwszy września.

Zanim kupię cokolwiek nowego, robię też porządki w domu. Co roku okazuje się, że zostały nam niewykorzystane zeszyty, prawie cały blok techniczny, kilka nowych ołówków albo klej. Nie wyrzucam dobrych rzeczy tylko dlatego, że zaczyna się kolejny rok szkolny.

Plecak nie musi kosztować 300 zł

Najbardziej dziwią mnie ceny plecaków. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego niektórzy uważają, że dziecko co roku musi dostać nowy model za kilkaset złotych. Starszy syn chodzi z tym samym plecakiem już trzeci rok i nic się z nim nie dzieje.

Młodszemu kupiłam nowy, bo idzie do pierwszej klasy, ale nie w sklepie z markowymi artykułami szkolnymi. Upolowałam świetny model w dyskoncie za niecałe 80 zł. Gdyby akurat nie było promocji, bez wahania poszukałabym na Vinted. Tam naprawdę można znaleźć plecaki w świetnym stanie za ułamek sklepowej ceny.

Mam też jedną zasadę, której trzymam się od lat. Nie biegnę do sklepu z listą ze szkoły i nie wrzucam do koszyka wszystkiego, jak leci. Część rzeczy dzieci dostają dopiero po rozpoczęciu roku, część okazuje się w ogóle niepotrzebna, a czasem nauczyciel sam mówi, że wystarczy zwykły odpowiednik.

Nie kupuję kleju za osiem złotych, skoro obok stoi taki za trzy. Nie wybieram najdroższych kredek tylko dlatego, że mają modne opakowanie. Dziecko nie będzie lepiej rysowało dlatego, że kredki kosztowały dwa razy więcej.

Mam dość corocznego straszenia rodziców

Najbardziej irytuje mnie atmosfera, która pojawia się każdego lata. W internecie można odnieść wrażenie, że bez kilku tysięcy złotych lepiej w ogóle nie posyłać dziecka do szkoły. Oczywiście wiem, że są rodziny, którym jest bardzo trudno, i nie chcę tego podważać. Sama też liczę każdą złotówkę.

Mam jednak wrażenie, że część rodziców daje się nakręcić reklamom i modzie. Wszystko musi być nowe, markowe, najlepiej z bohaterem aktualnie popularnej bajki. Potem pojawiają się wpisy o tym, że 300+ to kropla w morzu potrzeb. A może czasem wystarczy po prostu kupować rozsądniej?

Nie twierdzę, że mój sposób jest jedyny słuszny. Wiem jednak jedno – od kilku lat działa i dzięki temu szkolne zakupy nie są dla naszej rodziny powodem do stresu.

Komentarz redakcji

Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Wysokość wydatków na wyprawkę szkolną zależy od wielu czynników – wieku dziecka, wymagań szkoły, tego, czy trzeba kupić pierwszy plecak, obuwie na zmianę, strój na WF albo uzupełnić przybory po poprzednim roku.

Nie da się jednak ukryć, że część kosztów można ograniczyć dzięki planowaniu zakupów. Warto wcześniej przejrzeć rzeczy z poprzedniego roku, porównać ceny w różnych sklepach, korzystać z promocji i pamiętać, że droższy produkt nie zawsze oznacza lepszy. Z drugiej strony nie ma też nic złego w tym, że rodzic raz na jakiś czas kupi dziecku wymarzony piórnik czy plecak, jeśli pozwala mu na to domowy budżet. Najważniejsze, by decyzje zakupowe były świadome, a nie podejmowane pod wpływem presji czy reklam.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...