Reklama

Duńskie dzieci mają sporo okazji, żeby bawić się samodzielnie, eksperymentować i po prostu spędzać czas na dworze: niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy właśnie zaczyna padać.

Deszcz? Mróz? Dzieci i tak wychodzą na dwór

W Polsce wielu rodziców myśli utartymi schematami. Sama pamiętam ze swojego dzieciństwa wciskanie mnie w siedemnaście warstw i obwiązywanie szalikiem, kiedy tylko nadeszły pierwsze chłodniejsze poranki i wieczory. „Żebym się nie przeziębiła” – mówiła mama, ale podobne podejście towarzyszy także dzisiejszym młodym mamom.

W Skandynawii podejście bywa zupełnie inne. Dziecko może wyjść na dwór również wtedy, gdy pogoda nie jest idealna. Deszcz oznacza kałuże, błoto i kolejną okazję do zabawy, a chłód nie musi oznaczać zamknięcia drzwi przedszkola.

Widać to szczególnie dobrze w duńskich przedszkolach leśnych. Dzieci spędzają tam dużą część dnia na świeżym powietrzu, biegając, wspinając się, budując kryjówki czy obserwując przyrodę.

Dzień w leśnym przedszkolu w Danii

Jednym z przykładów tego typu miejsc jest Naturbørnehaven Villa Villekulla, prywatna placówka sprawująca opiekę nad dziećmi w wieku od 0 do 6 lat. Na facebookowym profilu przedszkola można zobaczyć setki zdjęć i filmów, na których widać, jak wygląda codzienność uczęszczających do niego dzieci.

Nie ma tu wielkiego zaskoczenia, gdy przedszkolaki bawią się w błocie, biegają po lesie albo wychodzą na zewnątrz mimo deszczu. Na zdjęciach i nagraniach widać dzieci, które mają dużo przestrzeni do ruchu i swobodnej zabawy. Co więcej, dzieci nawet leżakują na dworze, niezależnie od pogody. Dla polskich rodziców niektóre z tych obrazków mogą być zaskakujące. Zwłaszcza gdy widzimy dzieci odpoczywające na zewnątrz nawet przy bardzo niskiej temperaturze.

Jeden z najpopularniejszych filmów na profilu ma ponad 2,5 mln wyświetleń. Widać na nim, jak dzieciaki szaleją na dworze mimo ulewy: bawią się piłką, jeżdżą samochodzikami czy po prostu beztrosko skaczą po kałużach.

Dziwi mnie, że ta rolka nie zrobiła aż takiego hałasu w sieci jak ta poprzednia. Może i nie ma w niej deszczu, ale maluszki śpiące na świeżym powietrzu w kombinezonach, na cienkich karimatach albo w wózku, i tak robią wrażenie. Zresztą sami zobaczcie:

To nie tylko hartowanie

W tym podejściu nie chodzi wyłącznie o hartowanie dzieci. Ważna jest również możliwość samodzielnego poznawania świata. Dziecko ma się pobrudzić, przewrócić, wejść na pień drzewa czy znaleźć własny sposób na zabawę.

Dorosły oczywiście pilnuje bezpieczeństwa, ale nie musi organizować każdej minuty dnia. Zamiast ciągle mówić „nie dotykaj”, „nie wchodź” i „uważaj”, pozwala dziecku sprawdzić, co potrafi.

Może więc właśnie w tym tkwi jedna z różnic między duńskim a polskim podejściem do dzieciństwa. U nas często chcemy uchronić dzieci przed każdą niewygodą. W Danii częściej pozwala się im doświadczać – również deszczu, błota, chłodu i małych przygód.

Może to ta beztroska i przyzwolenie na samodzielność są receptą na szczęście?

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...