„Mamo, ciocia krzyczy” – powiedziało dziecko po powrocie z przedszkola. „Nie daruję jej tego”
Nie po to płacę ogromne pieniądze za prywatną placówkę i uczę dziecko wyrażania emocji, żeby jakaś sfrustrowana paniusia, która ewidentnie minęła się z powołaniem, podnosiła na niego głos.

Mój syn ma cztery lata. Jest wrażliwy, delikatny, bardzo emocjonalny. Od zawsze dbaliśmy o to, żeby wychowywać go w duchu bliskości i wzajemnego szacunku. W naszym domu się nie krzyczy. Rozmawiamy, tłumaczymy, nazywamy emocje.
Dlatego kiedy po powrocie z przedszkola spojrzał na mnie smutnymi oczami i powiedział: „Mamo, ciocia krzyczy”, momentalnie poczułam ścisk w żołądku.
Najpierw próbowałam zachować spokój. Dopytałam, co dokładnie się stało. Okazało się, że jedna z nauczycielek miała krzyczeć na dzieci, bo „nie chciały sprzątać” i „biegały po sali”. Mój syn powiedział, że zrobiło mu się przykro i że jedna dziewczynka zaczęła płakać.
Nie spałam pół nocy. Naprawdę. Cały czas myślałam o tym, jak ogromny wpływ na psychikę dziecka mają takie sytuacje. Dorośli często bagatelizują krzyk, ale dla małego człowieka to jest gigantyczny stres.
Następnego dnia poszłam do przedszkola.
„Wie pani, czasem trudno zapanować nad grupą”
Rozmowa z nauczycielkami tylko bardziej mnie zdenerwowała. Panie były wyraźnie speszone, ale po chwili jedna z nich przyznała, że „czasem zdarza się podnieść głos”, bo grupa jest liczna, dzieci bywają głośne, a one muszą nad wszystkim panować.
Przepraszam bardzo, ale co mnie to obchodzi?
Jeśli ktoś nie umie pracować z dziećmi bez krzyczenia, to może po prostu powinien zmienić zawód. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego w 2026 roku nadal próbujemy normalizować podnoszenie głosu na kilkulatki. Przecież dziś tyle mówi się o emocjach dzieci, o rodzicielstwie bliskości, o przebodźcowaniu i zdrowiu psychicznym.
A potem oddajemy dzieci pod opiekę osób, które twierdzą, że „czasem inaczej się nie da”.
Da się.
Ja jakoś potrafię nie krzyczeć na swoje dziecko, nawet kiedy mam ciężki dzień, jestem zmęczona albo po nieprzespanej nocy. I nie przekonuje mnie argument, że „jedno dziecko to nie dwadzieścioro”. Nikt nikogo przecież do tej pracy nie zmuszał.
Mam też wrażenie, że starsze pokolenie nauczycielek kompletnie nie rozumie, jak bardzo zmieniło się podejście do wychowania. Dla nich krzyk to nadal „normalna metoda dyscypliny”. Dla mnie? To zwykła przemoc emocjonalna.
Nie po to uczę dziecko szacunku do emocji, żeby ktoś na nie krzyczał
Najbardziej boli mnie to, że później to rodzice muszą sklejać złamane serduszka swoich dzieci. To my siedzimy wieczorem przy łóżkach i tłumaczymy, że nikt nie miał prawa ich przestraszyć. To my próbujemy odbudować w nich poczucie bezpieczeństwa.
A przedszkole powinno być miejscem ciepłym, wspierającym i spokojnym.
Nie rozumiem też rodziców, którzy wzruszają ramionami i mówią: „Oj tam, kiedyś nauczyciele też krzyczeli i wszyscy żyją”. Właśnie dlatego nasze pokolenie chodzi dziś na terapię i uczy się od nowa stawiania granic.
Nie zamierzam udawać, że nic się nie stało. Nie po to inwestuję w rozwój emocjonalny mojego dziecka, wybieram świadome wychowanie, czytam książki psychologiczne i dbam o jego komfort, żeby ktoś w przedszkolu jednym krzykiem niszczył to, nad czym pracujemy latami.
I naprawdę uważam, że jeśli nauczycielka nie potrafi wytrzymać kilku godzin bez podnoszenia głosu na małe dzieci, to nie powinna pracować z ludźmi. Zwłaszcza z tymi najmniejszymi.
Zobacz także: