„Pozwalam dziecku chodzić za potrzebą do morza, nie będę wydawać 5 zł. Po tym, co usłyszałam od obcej kobiety, długo nie mogłam dojść do siebie”
Jedno zdanie usłyszane od obcej kobiety na plaży wystarczyło, żeby wakacyjna idylla przerodziła się w awanturę. Nasza czytelniczka nie ma jednak sobie nic do zarzucenia. Twierdzi, że pozwala dzieciom załatwiać się w morzu i nie zamierza tego zmieniać. „Nie będę płaciła za każdą wizytę w toalecie tylko dlatego, że komuś się to nie podoba” – pisze w liście do redakcji.

Temat korzystania z płatnych toalet na plażach od lat budzi emocje. Dla jednych to oczywistość, dla innych – kolejny wydatek, który przy rodzinnych wakacjach szybko zaczyna być odczuwalny. Przeczytajcie wiadomość, jaka trafiła na naszą redakcyjną skrzynkę. A jeśli chcecie do nas pisać, piszcie na adres: redakcja@mamotoja.pl.
„Ja naprawdę nie rozumiem, o co tyle hałasu”
Dzień dobry, znowu wróciła dyskusja o załatwianiu potrzeb do morza i naprawdę przecieram oczy ze zdumienia. Mam trzyletniego syna i pięcioletnią córkę. Jeździmy nad Bałtyk co roku i nigdy nie przyszło mi do głowy, że robię coś niewłaściwego.
Syn ma trzy lata. Jak mówi, że chce siusiu, to znaczy, że chce siusiu teraz, a nie za dziesięć minut, kiedy dojdziemy do toalety. Każdy, kto wychował dziecko, doskonale o tym wie. Zresztą córka to samo.
No ale w tym roku wydarzyło się coś, po czym nie mogę się jakoś otrząsnąć, chociaż to ja mam rację.
„Pani chyba żartuje”
Syn bawił się w wodzie, powiedział, że chce siusiu, więc pozwoliłam mu zrobić to w morzu. Poszłam z nim tak po kolanka, kazałam mu kucnąć, chwilka i po sprawie. Dosłownie chwilę później podeszła do mnie jakaś kobieta i z pretensjami zapytała, czy naprawdę uważam, że to normalne.
Odpowiedziałam, że tak, uważam, że to normalne. Usłyszałam wykład o higienie, kulturze i wychowaniu dzieci.
Przepraszam bardzo, ale naprawdę zaczynam mieć dość ludzi, którzy na wakacjach bardziej pilnują cudzych dzieci niż swoich.
„Nie wszyscy przyjeżdżają nad morze z grubym portfelem”
Najbardziej rozbawił mnie tekst, że przecież „toaleta kosztuje tylko pięć złotych”. No właśnie. Tylko pięć.
Pięć złotych tu, pięć tam, lody po 20 zł, gofry po 30, parking, leżaki i nagle okazuje się, że dziennie zostawia się kilkaset złotych.
Mam dwójkę dzieci. Naprawdę ktoś uważa, że za każdym razem mam lecieć z nimi do płatnej toalety i jeszcze płacić za to, że trzylatek zrobi siusiu?
Mam wrażenie, że takie rady dają głównie nowobogaccy z Warszawy, którzy przyjeżdżają SUV-em za pół miliona i opowiadają wszystkim, że pięć złotych to żaden wydatek.
Dla wielu rodzin to nie jest jeden raz. To jest kilkanaście wejść w ciągu tygodnia.
„Morze sobie poradzi”
Najbardziej śmieszy mnie jednak robienie z tego jakiejś katastrofy ekologicznej. Naprawdę ktoś wierzy, że jedno dziecko, które zrobi siusiu do Bałtyku, jest największym problemem tego morza?
Ludzie palą papierosy na plaży, zostawiają butelki, kapsle i niedopałki w piasku, ale największym zagrożeniem okazuje się trzylatek.
Dla mnie to zwykła hipokryzja.
Nie zamierzam biegać z dzieckiem kilkaset metrów do płatnej toalety tylko dlatego, że komuś przeszkadza coś, czego za chwilę i tak nie będzie. Jeżeli kogoś to oburza, ma do tego prawo.
Ja uważam, że niektórym naprawdę przydałoby się zająć własnym urlopem, zamiast wychowywać cudze dzieci.
Komentarz redakcji
Temat korzystania z toalet na plaży regularnie wywołuje gorące dyskusje. Warto jednak pamiętać, że w wielu nadmorskich miejscowościach dostępne są zarówno toalety płatne, jak i bezpłatne, choć ich liczba i odległość od plaży bywają różne. Rodzice małych dzieci często mierzą się z sytuacjami, w których potrzeba pojawia się nagle i trudno zdążyć do najbliższej toalety.
Jednocześnie wiele osób zwraca uwagę na kwestie higieny i uważa, że – jeśli tylko jest taka możliwość – warto korzystać z przeznaczonych do tego miejsc. To temat, w którym łatwo o skrajne opinie, dlatego, zamiast pochopnie oceniać innych, dobrze pamiętać, że każda sytuacja może wyglądać nieco inaczej.
Czytaj także:
- Rezydentka ostrzega rodziców jadących na all inclusive. „Dają się naciąć i tracą pieniądze, a my mamy związane ręce”
- Dziwne zwyczaje na all inclusive w Grecji. „Nie miałam pojęcia, dlaczego kelner pyta moją córkę o numer pokoju”
- Polskiego rodzica na all inclusive poznasz na kilometr. „Włożył do kieszeni dwie kromki i kawałek sera. A potem zwrócił się do syna”