W przedszkolu nie ma wakacji. „Stoją przy oknie i pytają, czy mama jeszcze je kocha”
W teorii wakacje mają być dla dzieci czasem odpoczynku. W praktyce dyżury wakacyjne w przedszkolu są deską ratunkową dla rodziców, którzy nie mają pomocy babci, nie mogą wynająć opiekunki. Problem zaczyna się, gdy sami traktują przedszkola jak przechowalnie.

Napisała do nas Ewelina, nauczycielka przedszkolna, która ze smutkiem przygląda się temu, jak niektórzy rodzice traktują placówki w okresie wakacyjnym. Przyznaje, że każdego lata widzi ten sam obraz: zmęczone dzieci, które jako ostatnie wychodzą z sali i coraz częściej pytają o jedno: czy rodzice na pewno po nie wrócą? Czy jeszcze je kochają?
Przeczytajcie maila od Eweliny:
„W wakacje przedszkolaki się nie śmieją”
Jesteśmy na etapie kwalifikacji dzieci na dyżury wakacyjne i już mi się słabo robi na myśl, jak to co roku wygląda. Wszyscy mówią o wakacjach dzieci, ale ja czasem mam wrażenie, że w przedszkolu wakacji po prostu nie ma. Dla części dzieci to normalne prawie dwa miesiące pracy. Tak, pracy. Bo jeśli czterolatek siedzi w placówce od 7 do 17 przez cały lipiec i sierpień, to trudno mi udawać, że to jest odpoczynek.
Najgorsze są popołudnia. Rano dzieci jeszcze mają energię, bawią się, zagadują. Ale około 15 wszystko siada. Zaczyna się pytanie co pięć minut: „Kiedy przyjdzie mama?”, „Czy tata dziś odbierze?”, „A jeśli zapomnieli?”. Niektóre stoją przy oknie i wypatrują samochodów.
Nigdy nie zapomnę dziewczynki, która podczas zeszłorocznego dyżuru codziennie, dosłownie, pytała, czy mama jeszcze ją kocha, skoro wszyscy już poszli do domu, a ona musi czekać. Serio. Czteroletnie dziecko. I ja potem siedzę z gulą w gardle, bo nie wiem, co odpowiedzieć, żeby ją uspokoić.
Najbardziej boli mnie to, że czasem widać, że rodzice po prostu kombinują. Oficjalnie „nie mają wyjścia”, „muszą pracować”, ale później dzieci same mówią, że mama była w domu albo że tata miał wolne. I ja nie oceniam ludzi za pracę, naprawdę. Sama pracuję. Rozumiem kredyty, brak dziadków, szefów bez litości. Ale czasem mam ochotę zapytać: po co komu dziecko, którego nie widzi się całymi tygodniami poza wieczorną kąpielą?
W wakacje przedszkole jest pełne obcych dzieci, obcych pań, innych sal. Maluchy są przebodźcowane i zmęczone. Niektóre płaczą już od rana. Są dzieci, które nie przychodzą tylko przez 2 tygodnie, czyli te nasze 2 tygodnie wakacji, bo akurat tyle trwa przerwa w naszej placówce. A poza tym są codziennie, każdego dnia.
Wiecie, co jest najgorsze? Że część rodziców odbiera dziecko o 17 i jeszcze rzuca tekstem: „No widzisz, fajnie było, jutro znowu przyjdziesz”. A dziecko ledwo stoi na nogach.
My, nauczycielki, naprawdę to widzimy. Widzimy dzieci, które zasypiają przy stoliku. Widzimy dzieci jedzące podwieczorek jako ostatnie, w pustej sali. Widzimy ten strach, że ktoś po nie nie wróci.
Coraz częściej mam poczucie, że wymagamy od małych dzieci rzeczy, których sami dorośli byśmy nie wytrzymali”.
Pracujący rodzice między poczuciem winy a koniecznością
Wakacyjne dyżury przedszkolne od lat budzą ogromne emocje. Z jednej strony są rodzice, którzy naprawdę nie mają możliwości zapewnienia dzieciom opieki przez całe lato. Z drugiej – nauczyciele, którzy obserwują zmęczenie i emocjonalne przeciążenie najmłodszych.
Psychologowie podkreślają, że dla dzieci w wieku przedszkolnym nawet kilka dni spokojnego czasu z bliskimi ma ogromne znaczenie. Nie chodzi wyłącznie o wyjazdy czy atrakcje, ale o poczucie bezpieczeństwa, bliskości i odpoczynku od codziennego rytmu instytucji.
Ten temat nie ma prostych odpowiedzi. W tle są wysokie koszty życia, brak urlopów, samotne rodzicielstwo i presja zawodowa. Ale warto czasem zatrzymać się i zadać sobie pytanie: ile naprawdę jest w stanie udźwignąć kilkuletnie dziecko?
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Pani w przedszkolu ukarała dziecko: aż włos się jeży! „Rodzice powinni mi dziękować”