Reklama

Na redakcyjną skrzynkę trafiają historie rodziców, którzy czasami są zaskoczeni zachowaniem własnych dzieci. Najczęściej piszą o trudnych sytuacjach, ale tym razem powód zdziwienia był wyjątkowo pozytywny. Pewna mama nie mogła uwierzyć, że jej dwaj synowie, którzy przed wyjazdem byli prawdziwymi urwisami, po dwóch tygodniach u dziadków wrócili spokojniejsi, bardziej samodzielni i znacznie bardziej skłonni do współpracy.

„To były dwa tygodnie bez marudzenia”

Moi synowie mają 7 i 9 lat i naprawdę są świetnymi dzieciakami, ale wychowanie ich czasami przypomina sport ekstremalny. Potrafią pokłócić się o absolutnie wszystko, a najprostsze polecenie, takie jak odłożenie butów na miejsce czy posprzątanie klocków, potrafi skończyć się negocjacjami na poziomie międzynarodowego szczytu. Oczywiście żartuję, ale czasami naprawdę brakowało mi już pomysłów, jak do nich dotrzeć.

W tym roku pojechali na dwa tygodnie do moich teściów. Dziadkowie mieszkają poza miastem i mają duży dom z ogrodem, więc chłopcy uwielbiają tam jeździć. Ja z mężem zostaliśmy w domu i przez pierwsze dni cieszyłam się, że mam trochę spokoju, chociaż oczywiście cały czas za nimi tęskniłam.

Kiedy po nich pojechaliśmy, byłam przekonana, że wrócą zmęczeni, opaleni i pełni historii. I rzeczywiście tacy byli, ale szybko zauważyłam coś jeszcze.

„Nagle sami wiedzieli, co mają zrobić”

Pierwszego dnia po powrocie poprosiłam starszego syna, żeby zaniósł swoje rzeczy do pokoju. Zrobił to bez żadnego „zaraz”, „nie chce mi się” ani „a dlaczego ja?”. Stałam w przedpokoju i patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

Potem młodszy sam odniósł kubek do kuchni. Wieczorem obaj bez przypominania przygotowali ubrania na następny dzień, a kiedy poprosiłam ich o posprzątanie pokoju, zrobili to razem, zamiast przez pół godziny kłócić się o to, który z nich powinien podnieść samochodzik leżący na podłodze.

Pomyślałam sobie, że może to tylko pierwsze dwa dni i zaraz wszystko wróci do normy. Minął tydzień, a oni nadal byli zdecydowanie spokojniejsi. Nadal się sprzeczali, oczywiście, nadal byli dziećmi, ale jakoś łatwiej było się z nimi dogadać.

Zaczęłam więc podejrzewać, że dziadkowie mają jakiś sekret.

„Tato, co wyście im zrobili?”

Zadzwoniłam do teścia i zaczęłam go wypytywać, jak wyglądały ich wakacje. Powiedział, że normalnie: trochę pomagali w ogrodzie, jeździli na rowerach, grali w piłkę, kąpali się w jeziorze i mieli też sporo czasu na zabawę.

Dopytywałam, czy mieli jakieś specjalne zasady. Teść zaczął się śmiać i powiedział, że żadnej wielkiej filozofii nie było.

– No dobrze, ale co wyście im zrobili? – zapytałam.

– Nic. Po prostu byliśmy konsekwentni – odpowiedział.

I właśnie tego słowa chciałam się uczepić.

– Czyli co? Jakieś tajne metody wychowawcze? Muszę je poznać.

Teść dalej się śmiał i powiedział, że wszystko mi opowie, jak przyjedziemy na kawę. A ja zaczęłam żartować, że jeśli nie zdradzi mi prawdy, będę zmuszona podjąć radykalne kroki.

„Jak mi nie powiesz, dzwonię na policję”

W końcu powiedziałam mu ze śmiechem:

– Tato, jak mi nie powiesz, jak to zrobiliście, to dzwonię na policję. Dzieci wróciły od was zbyt grzeczne, coś tu jest nie tak.

Teść oczywiście zaczął się śmiać jeszcze bardziej. Mąż, który słyszał rozmowę, stwierdził, że powinnam najpierw zgłosić sprawę na policję, a potem do sanepidu, bo „takie rzeczy nie dzieją się legalnie”.

Oczywiście cała ta rozmowa była jednym wielkim żartem. Dziadkowie nie stosowali żadnych cudownych metod ani nie robili z chłopców małych żołnierzy. Po prostu przez te dwa tygodnie mieli jasne zasady i konsekwentnie ich przestrzegali.

Okazało się, że chłopcy mieli swoje obowiązki. Musieli pomagać przy prostych pracach w ogrodzie, sami pilnowali swoich rzeczy, a kiedy coś przeskrobali, ponosili naturalne konsekwencje. Dziadek nie krzyczał, ale też nie odpuszczał tylko dlatego, że wnuk zaczął marudzić.

„Może właśnie tego im brakowało”

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego. Teściowie powiedzieli mi, że chłopcy bardzo szybko przyzwyczaili się do tych zasad i wcale nie byli przez to nieszczęśliwi. Przeciwnie, mieli poczucie, że wiedzą, czego się od nich oczekuje.

Chyba właśnie to dało mi do myślenia. W domu czasami jesteśmy tak zabiegani, że zamiast konsekwentnie czegoś wymagać, trzy razy prosimy, potem odpuszczamy, a na końcu sami robimy to za dzieci. Dziadkowie mieli na nich dwa tygodnie, czas i cierpliwość, żeby spokojnie pokazywać im, że pewne rzeczy po prostu należą do ich obowiązków.

Nie wiem, czy moi synowie nagle stali się aniołkami. Pewnie nie i za kilka dni znowu będziemy się kłócić o sprzątanie pokoju. Ale jeśli po dwóch tygodniach wrócili bardziej samodzielni, spokojniejsi i chętni do współpracy, to chyba zamiast dzwonić na policję, powinnam po prostu podziękować teściom.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...