Reklama

Hotel robił świetne pierwsze wrażenie. Pokój był czysty, jedzenie smaczne, dzieci nie chciały wychodzić z basenu. A jednak coś mi nie pasowało.

Kiedy kelnerzy roznosili napoje przy leżakach, do nas podchodzili zawsze na końcu. Pokój sprzątano poprawnie, ale bez tych wszystkich ozdobnych łabędzi z ręczników, które widziałam na zdjęciach innych gości.

Przy barze nieraz czekałam kilka minut, podczas gdy osoby stojące za mną były obsługiwane wcześniej.

– Masz wrażenie, że nas omijają? – zapytałam męża.

– Trochę tak, ale może sobie coś dopowiadasz.

Nie byłam tego taka pewna.

Zaczęłam zastanawiać się, co robimy źle

Najbardziej było mi przykro ze względu na dzieci.

– Mamusiu, dlaczego tamtemu chłopcu pan przyniósł lody do leżaka, a my musimy po nie chodzić sami? – zapytała Hania.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Wieczorem zauważyłam, że kelner niemal biegnie do pewnej niemieckiej rodziny. Z uśmiechem przynosił im napoje, pamiętał, kto co pije, zagadywał dzieci.

U nas wyglądało to zupełnie inaczej.

Nikt nie był niemiły. Po prostu... obojętny. Zaczęłam się zastanawiać, czy chodzi o to, że jesteśmy z Polski.

Jedno pytanie zmieniło wszystko

Następnego dnia przy basenie zagadnęła mnie kobieta z Krakowa. Nasze dzieci szybko się zaprzyjaźniły.

– Pierwszy raz w Egipcie? – zapytała.

– Widać?

Roześmiała się.

– Trochę.

Po chwili spojrzała na mnie i zadała pytanie, którego kompletnie się nie spodziewałam.

– Dajecie bakszysz?

Patrzyłam na nią bezradnie.

– Jaki bakszysz?

– Napiwki.

– Przecież mamy all inclusive. Wszystko jest opłacone.

Kobieta pokiwała głową.

– Tak myślałam. My też przy pierwszym wyjeździe byliśmy przekonani, że to wystarczy.

Usiadła obok mnie i zaczęła opowiadać.

– W Egipcie dla wielu pracowników hoteli drobne napiwki są ważną częścią dochodów. Nie chodzi o wielkie kwoty. Czasem wystarczy odpowiednik kilku złotych zostawiony pokojowemu na początku pobytu albo kelnerowi, który codziennie was obsługuje. To nie jest obowiązek i nikt nie ma prawa gorzej traktować gości, którzy tego nie robią. Ale w praktyce taki gest często sprawia, że obsługa zapamiętuje rodzinę i poświęca jej więcej uwagi.

Słuchałam z rosnącym zdziwieniem.

– Naprawdę nie miałam o tym pojęcia.

– Większość z nas nie ma. Dopóki ktoś nam tego nie wytłumaczy.

Następnego dnia wszystko wyglądało inaczej

Wieczorem zostawiliśmy niewielki napiwek dla pana, który codziennie sprzątał nasz pokój.

Rano przywitał nas szerokim uśmiechem.

– Dzień dobry! Jak się spało?

Po południu kelner przy basenie sam zapytał dzieci, czy mają ochotę na sok. Nie chodziło o to, że nagle staliśmy się najważniejszymi gośćmi hotelu. Po prostu atmosfera zrobiła się znacznie serdeczniejsza.

Mąż spojrzał na mnie i powiedział:

– Czyli jednak nie byliśmy gośćmi drugiej kategorii.

Pokręciłam głową.

– Nie. Po prostu nie znaliśmy miejscowych zwyczajów.

To była cenna lekcja nie tylko dla mnie

W drodze powrotnej długo o tym myślałam.

Na początku byłam przekonana, że ktoś ocenia nas dlatego, skąd jesteśmy. Tymczasem problem okazał się dużo prostszy – jechaliśmy na wakacje do kraju o innych zwyczajach i nie wiedzieliśmy, jak one wyglądają.

Najbardziej zapamiętałam jednak coś innego. Tę mamę z Polski, która zamiast się ze mnie śmiać, po prostu usiadła obok i spokojnie wszystko mi wyjaśniła.

Bo czasem jedna życzliwa rozmowa potrafi oszczędzić komuś wielu niepotrzebnych nerwów. A ja od tamtej pory przed każdym wyjazdem czytam nie tylko opinie o hotelu, ale też o lokalnych zwyczajach. Dzięki temu łatwiej uniknąć nieporozumień i po prostu cieszyć się wakacjami.

Czytaj także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...