Bezczelna wiadomość od nauczycielki w Librusie. „Pierwszy tydzień września, a o ona już strzela fochy”
Początek roku szkolnego często oznacza nie tylko nowe zeszyty, podręczniki i plan lekcji, ale też pierwsze wiadomości w e-dzienniku. Czasem wystarczy jednak kilka zdań, żeby rodzic poczuł, że zamiast spokojnie rozpocząć kolejny rok współpracy ze szkołą, od razu zostaje ustawiony do pionu. Tak właśnie odebrała wiadomość wychowawczyni jedna z naszych czytelniczek.

Dzień dobry,
postanowiłam napisać do Państwa już pierwszego dnia roku szkolnego, żeby uporządkować najważniejsze kwestie dotyczące organizacji pracy w naszej klasie. Wiem, że część z tych zasad może wydawać się Państwu oczywista, jednak w poprzednich latach zdarzały się sytuacje, które pokazały, że warto je przypominać.
Moja córka jest w szóstej klasie, więc nie jesteśmy nowymi rodzicami w tej szkole. Znamy się z nauczycielką, wiemy, czego od siebie oczekujemy i przez dwa poprzednie lata naprawdę nie miałam większych powodów do narzekania.
Tym bardziej zdziwiła mnie wiadomość wysłana 1 września wieczorem.
Wiadomość od nauczycielki rozzłościła matkę
Wychowawczyni wypunktowała między innymi, że wszelkie informacje dotyczące nieobecności dziecka mają być przekazywane przez e-dziennik, że rodzice powinni regularnie sprawdzać wiadomości, a sprawy dotyczące ocen czy zachowania dziecka najlepiej omawiać podczas konsultacji, a nie w kilkunastu wiadomościach wysyłanych wieczorem.
Napisała też, że nie będzie odpowiadała na wiadomości po godzinie 18 i że prosi rodziców o „szanowanie jej czasu prywatnego”. Tutaj naprawdę się zatrzymałam.
Rozumiem, że nauczyciel ma prawo do życia prywatnego. Sama pracuję i doskonale wiem, że człowiek nie chce być dostępny przez całą dobę. Tylko zastanawiam się, czy naprawdę trzeba to wszystko pisać rodzicom pierwszego dnia szkoły, wieczorem, w takim tonie?
Najbardziej uderzyło mnie zdanie, że „zasady te nie podlegają indywidualnym negocjacjom”. Poczułam się trochę tak, jakbym dostała regulamin od dyrektora, a nie wiadomość od osoby, z którą przez dwa lata normalnie współpracowałam.
Było też przypomnienie, żeby rodzice nie usprawiedliwiali każdej nieobecności dziecka „na ostatnią chwilę”, nie prosili o przesyłanie zaległych materiałów w sytuacji, kiedy dziecko było nieobecne z powodu wyjazdu rodzinnego, i żeby nie wysyłali wiadomości dotyczących spraw klasowych na prywatny numer telefonu nauczycielki.
I znowu – z większością tych zasad się zgadzam. Tylko po co ten ton?
Może jestem przewrażliwiona, ale odebrałam tę wiadomość jako komunikat: „Zaczynamy kolejny rok i od razu ustalmy, kto tutaj będzie stawiał warunki”.
Rodzice kontra wychowawczyni
Napisałam o tym na naszej klasowej grupie. Okazało się, że nie tylko ja miałam takie odczucia. Jedna mama odpisała, że wiadomość przeczytała dwa razy, bo nie mogła uwierzyć, że wychowawczyni naprawdę zaczyna rok szkolny od takiego „regulaminu”. Inna stwierdziła, że dla niej to nawet dobrze, bo przynajmniej wszystko jest jasne.
Z jednej strony nauczycielka ma pełne prawo określić zasady współpracy z rodzicami. Z drugiej – można to zrobić normalnie, po ludzku. Zwłaszcza że to nie jest klasa pierwsza i nie jesteśmy rodzicami, którzy dopiero uczą się zasad panujących w szkole.
Moja córka ma już 12 lat. Przez dwa lata nauczyliśmy się korzystać z Librusa, znamy godziny konsultacji, wiemy, jak zgłaszać nieobecności. Nie potrzebowałam pierwszego września przypomnienia, że nauczycielka nie chce dostawać wiadomości o 21.
Wystarczyłoby napisać: „Drodzy Państwo, przypominam kilka zasad organizacyjnych na ten rok”. Bez tonu, który sprawił, że poczułam się jak uczennica wezwana do tablicy.
Może dla kogoś to drobiazg. Dla mnie jednak początek roku ma znaczenie. Po dwóch miesiącach przerwy wszyscy wracamy do szkoły z nową energią, a tu pierwsza wiadomość od wychowawczyni brzmi niemal jak reprymenda.
I pomyślałam tylko: naprawdę? Jest 1 września, a my już strzelamy fochy?
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Matka zbuntowała się terrorowi e-dziennika. „Córka sama mówi, jaką ocenę dostała”