Reklama

W sieci wybuchła gigantyczna dyskusja po niezwykle mocnym wpisie nauczyciela Jacka Suligi, który bez owijania w bawełnę zdiagnozował to, co aktualnie dzieje się w polskich klasach. Pedagog zauważa, że tradycyjne, znane nam z własnego dzieciństwa metody dyscyplinowania zostały zepchnięte do defensywy przez system, który boi się jakiejkolwiek konfrontacji z uczniem.

Dzisiaj zwykła próba zaprowadzenia ładu w klasie potrafi uruchomić machinę urzędniczą, w którą niemal natychmiast angażuje się całe otoczenie dziecka. Analizując jego słowa, trudno nie odnieść wrażenia, że dorośli zaczęli po prostu bać się wychowywać.

Kryzys autorytetu w szkole − dlaczego nauczyciel boi się zwrócić uwagę

Tradycyjna, publiczna reprymenda bywa dziś na szkolnych korytarzach traktowana niemal jak wykroczenie. Zamiast krótkiego zdania, które dawniej ucinało chamskie zaczepki czy rzucanie papierkami, od pedagogów oczekuje się prowadzenia długich, indywidualnych dyskusji. Jacek Suliga w swoim manifeście ostro krytykuje ten stan rzeczy, zauważając, że „zwykła reprymenda urosła dziś do rangi oświatowego przestępstwa”. Zwrócenie uwagi na forum klasy bywa określane mianem stygmatyzacji, a próba wyegzekwowania podstawowych zasad kultury osobistej kończy się oskarżeniami o naruszanie granic nastolatka.

Moim zdaniem autor posta dotyka tu niezwykle bolesnej prawdy. Kiedy nauczyciel traci prawo do natychmiastowej, asertywnej reakcji, traci też kontrolę nad grupą. W efekcie, jak słusznie zauważa Suliga, współczesny „uczeń potrafi jednym tchem wymienić wszystkie swoje prawa − ale gdy zapytamy o obowiązki, zapada niezręczna cisza”. Nauczyciele, przerażeni wizją łatki oprawcy oraz awantury z roszczeniowym rodzicem, wolą po prostu zacisnąć zęby. Udają, że nie widzą arogancji, przez co młodzi ludzie przejmują całkowitą kontrolę nad grupą. To ślepy zaułek, w którym fałszywie pojęta empatia uderza rykoszetem w same dzieci, odbierając im szansę na naukę elementarnych zasad współżycia społecznego.

Trend partnerskiego wychowania − dlaczego dziecko nie jest dorosłym

Zdaniem Suligi główną przyczyną tego stanu rzeczy jest lansowany od kilku lat szkodliwy trend, który każe nam traktować dzieci jak równorzędnych partnerów dorosłych. Wmawiamy młodym ludziom, że ich samopoczucie i wygoda są absolutną świętością, niezależnie od okoliczności. Czytając wpis pedagoga, trudno nie zgodzić się z jego argumentacją. Przypomina on nam rzecz oczywistą, o której w oparach nowoczesnych teorii parentingowych często zapominamy: dziecko nie jest dorosłym i nie ma jeszcze w pełni ukształtowanego mózgu.

Właśnie dlatego młody człowiek nie potrzebuje w dorosłym kumpla do wiecznych negocjacji. Potrzebuje mądrego przewodnika, kogoś, kto potrafi z pełną stanowczością powiedzieć, gdzie znajduje się granica. Kiedy zdejmujemy z dzieci jakąkolwiek odpowiedzialność za niewłaściwe zachowanie, stale tłumacząc ich wybryki przebodźcowaniem, robimy z nich ofiary losu. Jako rodzice musimy zrozumieć, że chroniąc malucha przed każdą, nawet najmniejszą krytyką, odbieramy mu sprawczość i umiejętność radzenia sobie z frustracją, która jest przecież nieodłącznym elementem ludzkiej egzystencji.

Pokolenie ludzi ze szkła − jak rynek pracy weryfikuje bezstresowe wychowanie

Kiedy przyglądam się dzisiejszym nastolatkom, uderza mnie ich potworna emocjonalna kruchość. Jacek Suliga użył w swoim poście brutalnego, ale boleśnie trafnego sformułowania: zdejmując z młodych ludzi jakąkolwiek odpowiedzialność, „hodujemy pokolenie ludzi ze szkła”. Jako matka doskonale rozumiem chęć ochrony własnego dziecka przed stresem, ale tworzenie wokół niego sterylnego klosza to niedźwiedzia przysługa. Życie nie jest pasmem nieustannych komplementów i głaskania po głowie. Jeśli szesnastolatek potrzebuje interwencji psychologicznej tylko dlatego, że nauczyciel kazał mu schować telefon i zacząć pracować, to jako społeczeństwo popełniliśmy gigantyczny błąd. Reagowanie histerią na zwykłe, codzienne wymagania to prosta droga do życiowej bezradności.

Musimy wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy i zdjąć z nosa różowe okulary. Prawdziwy, dorosły świat nie będzie przypominał przedszkolnego kółka wsparcia, w którym każdy krok konsultuje się z terapeutą. Rynek pracy to twarda gra, w której liczą się efekty, terminowość i odporność na stres. Żaden pracodawca nie zaangażuje się w głębokie dyskusje o emocjach dwudziestolatka, który nie potrafi przyjąć konstruktywnej krytyki na temat źle przygotowanego raportu. Zamiast tego po prostu go zwolni i zatrudni kogoś, kto potrafi udźwignąć odpowiedzialność.

Stawianie dziecku granic, wymaganie szacunku i asertywne wyciąganie konsekwencji z jego wybryków to nie jest łamanie praw − to, jak pisze Suliga, „najważniejsza szczepionka uodparniająca na dorosłe życie”. Czas, aby dorośli wrócili do roli autorytetów i przestali przepraszać za to, że po prostu wychowują.

Zobacz też: Matka obwinia „bezczelną nauczycielkę”. „Syn całe wakacje siedzi z nosem w lekturze, a przecież wystarczy zobaczyć film”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...