Matka obwinia „bezczelną nauczycielkę”. „Syn całe wakacje siedzi z nosem w lekturze, a przecież wystarczy zobaczyć film”
„Siedzieliśmy na plaży nad Bałtykiem. Mąż z młodszą córką budowali zamek z piasku, dzieci wokół biegały z dmuchanymi kołami, wszędzie gwar, śmiech, a mój syn siedział za parawanem z nosem w książce. Nie mogłam na to patrzeć. Pomyślałam, że jedna osoba skutecznie odebrała mojemu dziecku wakacje” – pisze nasza czytelniczka.

Rodzice od lat spierają się o to, czy dzieci powinny w wakacje całkowicie odciąć się od nauki. Jedni uważają, że dwa miesiące to czas wyłącznie na odpoczynek. Inni przekonują, że dobra książka nie jest szkolnym obowiązkiem, lecz przygodą. List naszej czytelniczki pokazuje, jak cienka potrafi być granica między jednym a drugim.
„Byłam przekonana, że nauczycielka przesadziła”
Dzień dobry, mój syn Kuba skończył właśnie czwartą klasę. To był dla niego naprawdę intensywny rok. Wrócił do domu ze świadectwem z czerwonym paskiem, ale wiem, ile kosztowało go to wysiłku. Kiedy wreszcie nadszedł dzień zakończenia roku, odetchnęliśmy z ulgą. Wydawało mi się, że szkoła zostaje za nami przynajmniej na dwa miesiące.
Na zakończeniu roku polonistka, wychowawczyni mojego syna, powiedziała dzieciom, że bardzo zachęca je do przeczytania w wakacje „Hobbita”. Nie rozdawała żadnych kartek z zadaniami, nie zapowiedziała kartkówki we wrześniu, ale zaznaczyła, że to piękna książka i warto po nią sięgnąć jeszcze przed rozpoczęciem piątej klasy, bo to w końcu lektura.
Mój syn potraktował te słowa bardzo poważnie. Ja z kolei uznałam, że nauczycielka zwyczajnie nie potrafi odpuścić dzieciom nawet podczas wakacji.
„Na plaży nie mogłam na to patrzeć”
Kilka dni później wyjechaliśmy nad Bałtyk. Czekaliśmy na ten urlop od miesięcy. Wynajęliśmy niewielki apartament, dzieci odliczały dni do wyjazdu, a ja marzyłam o tym, żeby przez dwa tygodnie nikt nie wspominał o szkole.
Pierwszego dnia rozłożyliśmy się na plaży. Mąż bawił się z naszą młodszą córką, ja wyciągnęłam ręcznik i zaczęłam się cieszyć, że wreszcie nic nie muszę. Po chwili zauważyłam, że Kuba sięga do plecaka. Byłam przekonana, że wyciąga komiks albo karty. Zamiast tego wyjął „Hobbita”, schował się za parawanem i zaczął czytać.
Patrzyłam na niego z rosnącą irytacją. Wokół dzieci budowały zamki z piasku, pluskały się w morzu, jadły lody i korzystały z wakacji. Mój syn siedział z lekturą, bo uznał, że skoro pani powiedziała, że warto ją przeczytać, to trzeba to zrobić jak najszybciej.
Nie wytrzymałam. Zamknęłam książkę i powiedziałam, że nie po to wydaliśmy tyle pieniędzy na rodzinny wyjazd, żeby siedział na plaży z lekturą.
„Przecież można obejrzeć film”
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego szkoła wciąż tak mocno trzyma się książek. Dziś dzieci mogą poznawać historie na wiele sposobów. Są filmy, audiobooki, słuchowiska i świetnie przygotowane materiały edukacyjne.
Pomyślałam wtedy, że jeśli już koniecznie musi wiedzieć, o czym jest „Hobbit”, to obejrzymy ekranizację. Będzie miał tę samą historię, a wakacje pozostaną wakacjami. Byłam przekonana, że mam rację.
Wieczorem zapytałam Kubę, czy naprawdę tak bardzo przejął się tym, co powiedziała nauczycielka. Spojrzał na mnie i odpowiedział: „Mamo, ale ja nie czytam dlatego, że muszę. Ta książka jest po prostu ciekawa. Chcę wiedzieć, co będzie dalej”.
To zdanie kompletnie mnie zaskoczyło. Nagle przypomniałam sobie słowa polonistki. Ona przecież nie powiedziała dzieciom: „Macie obowiązek przeczytać tę lekturę”. Powiedziała tylko, że warto.
Całą presję dopisałam sobie sama, chociaż nadal uważam, że nauczyciele powinni bardzo ostrożnie formułować takie zachęty, bo dzieci często odbierają je jak polecenie.
Komentarz redakcji
Tym razem trudno nie stanąć po stronie nauczycielki. Z opisu wynika, że nie zadała dzieciom obowiązkowej lektury na wakacje, lecz poleciła książkę, którą warto przeczytać przed kolejnym rokiem nauki. To zasadnicza różnica.
Warto też zwrócić uwagę na coś jeszcze. Chłopiec nie schował się z książką dlatego, że bał się kary czy złej oceny. Czytał, bo historia go zaciekawiła. W czasach, gdy wielu rodziców martwi się, że dzieci nie chcą sięgać po książki, taki widok na plaży wcale nie musi oznaczać zmarnowanych wakacji. Być może jest dowodem na to, że nauczycielce udało się zrobić coś znacznie cenniejszego niż „zadać lekturę” – obudzić w uczniu zwykłą czytelniczą ciekawość.
Zobacz także:
- „Zafundowałam 14-letniemu synowi wakacje marzeń w Egipcie. Gdy zobaczyłam, co ten niewdzięcznik robi w pokoju, serce mi pękło”
- „Dziadkowie zabrali Julkę do Krynicy Morskiej, a wrócili sami”. Mama nie może wybaczyć teściom tego, co się wydarzyło
- Nauczyciele powinni opiekować się dziećmi w wakacje? „Dorobiliby 500 zł do pensji, dla nich to przecież dużo”