Nauczycielka: „Drugiego dnia urlopu dostałam SMS-a od matki ucznia. Aż oplułam się kawą mrożoną, gdy zobaczyłam, czego żąda”
Laura leżała przy basenie z kawą mrożoną w ręku. Egipskie słońce, tydzień długo wyczekiwanego urlopu i telefon, który właśnie zawibrował. Po chwili śmiała się już z niedowierzania. Nie dlatego, że wiadomość była zabawna. Dlatego, że czasem w starciu z rodzicami uczniów śmiech to jedyne, co zostało pedagogom.

Moja koleżanka Laura jest nauczycielką języka angielskiego i od kilku lat udziela korepetycji. Ma stałych uczniów, z którymi współpracuje od dawna. Można pomyśleć, że zdążyła ich już poznać, ale nic bardziej mylnego.
W czasie swojego urlopu w Egipcie Laura dostała SMS-a od mamy jednego z uczniów. Po wakacjach chłopak idzie do 5 klasy. Kobieta napisała, że wybierają się na zagraniczne wakacje i czy Laura mogłaby przygotować dla jej syna jakieś karty pracy albo rozmówki po angielsku. Tak, żeby mógł sobie trochę poćwiczyć język podczas wyjazdu.
– Aż oplułam się kawą – opowiadała mi później. – Nie dlatego, że samo ćwiczenie języka jest złym pomysłem, przecież to mega szansa dla tego dzieciaka. Chodzi o to, że ktoś uznał, że właśnie teraz, kiedy mamy dwa miesiące wakacji, usiądę i przygotuję dodatkowe materiały. Oczywiście za darmo, bo o zapłacie nic nie wspomniała.
Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę coraz częściej zapominamy, że za wykonywaną usługą stoi po prostu człowiek. Bo przecież przygotowanie takich materiałów nie trwa pięciu minut. Trzeba dobrać poziom, wymyślić ćwiczenia, przygotować plik, sprawdzić, czy wszystko ma sens. To normalna praca, a nie zadanie do wykonania na kolanie, w ramach zabicia nudy.
Granice zaczęły się rozmywać
Mam wrażenie, że smartfony i komunikatory zrobiły nam wszystkim niemałą krzywdę. Skoro można napisać wiadomość o każdej porze, to coraz więcej osób zakłada, że równie szybko można dostać odpowiedź. A jeśli ktoś pracuje „na swoim”, udziela korepetycji, prowadzi firmę albo jest freelancerem, jak Laura, to przecież „na pewno znajdzie chwilę”. Tylko dlaczego miałby ją znaleźć?
Urlop nie jest przecież luksusem ani fanaberią. Nie oznacza, że ktoś siedzi znudzony i czeka na kolejne zlecenia, w tym wypadku darmowe. Jest dokładnie tym, czym powinien być – czasem odpoczynku.
Oczywiście można powiedzieć, że matka „tylko zapytała”. Jasne. Tylko czy naprawdę chcemy, żeby tak wyglądała rzeczywistość dzisiejszych pedagogów? Żeby rodzice rościli sobie prawo do kontaktu nawet w wakacje, oczekując, że nauczyciel spełni ich absurdalne oczekiwania?
Powiedzmy, że Laura miałaby wyjątkowo dobry dzień i przygotowałaby coś na szybko dla tego ucznia. Skoro robi to na wakacjach, co będzie następne? Przecież granica została przekroczona.
Nie widzimy w nauczycielach ludzi
Zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Przecież w sieci nie brakuje takich materiałów. Można znaleźć gotowe karty pracy, aplikacje do nauki języka, fiszki czy rozmówki. Naprawdę jest z czego wybierać.
A mimo to coraz częściej oczekujemy czegoś przygotowanego specjalnie dla nas. Najlepiej od razu. Najlepiej wtedy, kiedy właśnie przyszło nam to do głowy. Lenistwo?
Może to znak czasów. Przyzwyczailiśmy się, że wszystko jest dostępne natychmiast – zakupy przyjadą tego samego dnia, film włączymy jednym kliknięciem, wiadomość wyślemy w sekundę. Tylko że człowiek nie działa jak aplikacja. Nie powinien.
Nauczyciel nie powinien być traktowany jak robot, który spełni każdą zachciankę ucznia czy jego rodzica. Przykre, że naprawdę trzeba komuś to tłumaczyć.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Matka obwinia „bezczelną nauczycielkę”. „Syn całe wakacje siedzi z nosem w lekturze, a przecież wystarczy zobaczyć film”