Nerwówka w szkołach. Dyrektorka próbuje przekupić kandydatów na nauczycieli. „Matematyka podkupiła mi szkoła społeczna, dali 1000 zł więcej”
Końcówka sierpnia to dla większości rodzin czas kompletowania wyprawek, kupowania ostatnich podręczników i powolnego przestawiania dzieci na wczesne, poranne wstawanie. Niestety, w tym samym momencie za zamkniętymi drzwiami szkolnych gabinetów rozgrywa się cichy, ale niezwykle dramatyczny wyścig z czasem, o którym rodzice dowiadują się zazwyczaj dopiero podczas pierwszego zebrania.

W mediach społecznościowych, a dokładnie na popularnym profilu „NIE dla chaosu w szkole” na Facebooku, pojawił się poruszający wpis, który idealnie obnaża obecną rzeczywistość polskiej oświaty. Post odnosi się do głośnego wywiadu dla Radia ZET, w którym Danuta Kozakiewicz, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie, opowiedziała o ogromnej nerwówce towarzyszącej poszukiwaniu rąk do pracy.
Sytuacja kadrowa w wielu placówkach publicznych stała się tak napięta, że szefowie szkół muszą uciekać się do metod, które do tej pory były domeną wyłącznie drapieżnego świata biznesu i wielkich korporacji. Brak nauczycieli zmusza dyrektorów do stosowania sprytnych wybiegów, finansowych negocjacji na krawędzi budżetu, a nawet otwartego podkupywania pracowników, byle tylko pierwszego września dzieci miały z kim realizować podstawę programową.
Finansowe podchody na ostatniej prostej. Placówki prywatne wygrywają walkę o etaty
Z relacji warszawskiej dyrektorki wyłania się obraz totalnego chaosu, w którym stabilny plan lekcji potrafi rozsypać się jak domek z kart w zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego. Okazuje się, że w publicznej oświacie trwa regularna walka o matematyków czy fizyków, a mniejsze placówki państwowe stoją na z góry przegranej pozycji w starciu z rynkiem komercyjnym. Dyrektorka stołecznej podstawówki wyznała wprost, że nauczyciela matematyki w ostatnich dniach podkupiła jej szkoła społeczna, która bez mrugnięcia okiem zaproponowała 1000 złotych więcej do comiesięcznej pensji.
Do tego dochodzą zwykłe zdarzenia losowe, które przed wrześniem uderzają w dyrekcję z podwójną siłą. Dwie nauczycielki wspomagające zrezygnowały z pracy, bo wybrały placówkę położoną znacznie bliżej ich miejsca zamieszkania, kolejna osoba nagle się przeprowadziła, jedna zaszła w ciążę, a jeszcze inna po prostu przeszła na zasłużoną emeryturę. Jakby tego było mało, jeden z nauczycieli całkowicie pożegnał się z oświatą i odszedł do korporacji kuszącej lepszymi zarobkami. Czasu do pierwszego dzwonka zostało dramatycznie mało, a dyrekcja wciąż ma na liście aż pięć wakatów, których nie ma kim zapełnić.
Rekrutacja z psychologiem i wyższe dodatki. Do czego zmuszeni są dyrektorzy szkół?
Standardowe metody szukania pracowników przez oficjalne strony ministerstwa oświaty, tablice w urzędach pracy czy branżowe portale ogłoszeniowe w dzisiejszych czasach okazują się całkowicie bezskuteczne. Dyrektorzy muszą rozpuszczać wici przez wszystkich znajomych nauczycieli, a nawet zatrudniać do poszukiwań swoje rodziny i przyjaciół. W grę wchodzi już nawet desperackie wysyłanie e-maili z prośbą o pomoc bezpośrednio do rodziców uczniów oraz wieszanie ogłoszeń w gablotach na wyższych uczelniach z hasłem, że chętnie zatrudnią absolwentów lub nawet studentów ostatnich lat kierunków pedagogicznych.
Jednak najbardziej fascynujące i kontrowersyjne są kulisy samych rozmów kwalifikacyjnych. Warszawska dyrektorka przyznała, że próbuje po prostu przekupić kandydatów finansowymi bonusami na start, które normalnie przyznaje się dopiero za wybitne osiągnięcia po latach pracy. Standardowo dodatek motywacyjny na start wynosi około 200 złotych, ale zdesperowana dyrekcja proponuje nowym osobom aż 600 złotych, żeby tylko podpisały umowę i nie przeszły do konkurencyjnej placówki.
Co więcej, rozmowy rekrutacyjne bywają prowadzone w obecności szkolnego psychologa, który na bieżąco analizuje zachowanie kandydata i podpowiada szefowej, jakie benefity, na przykład elastyczny grafik czy dogodne godziny lekcji, można jeszcze dorzucić, by zatrzymać pracownika.
Etat dzielony na trzy placówki. Jak będzie wyglądała nauka naszych dzieci od września?
Kiedy finansowe zachęty nie pomagają, bo budżet publicznej szkoły ma swoje nieprzekraczalne granice, dyrektorzy z całej Polski zmuszeni są do szukania innych, często bardzo karkołomnych rozwiązań logistycznych. Coraz popularniejsze staje się wracanie do kandydatów, którzy wcześniej kategorycznie odmówili pracy, i ponowne błaganie ich o przejęcie choćby kilku godzin w tygodniu. Szkoły masowo poszukują też osób gotowych na dzielenie jednego etatu między dwie, a nawet trzy różne placówki, co oznacza, że nauczyciel spędza dzień w ciągłym biegu i podróży między dzielnicami.
Dla dyrekcji priorytetem staje się zaoferowanie grafiku dostosowanego wyłącznie do indywidualnych potrzeb pedagoga, nawet jeśli cierpi na tym komfort uczniów, którzy przez to muszą zaczynać lekcje bardzo wcześnie lub siedzieć na świetlicy w oczekiwaniu na okienka w planie. Oczywiście w tej kryzysowej sytuacji najlepiej radzą sobie placówki prywatne, które nie mają związanych rąk przez sztywne tabele płacowe i mogą zaoferować po prostu atrakcyjne wynagrodzenie rynkowe.
Jako rodzice musimy przygotować się na to, że zbliżający się rok szkolny będzie ogromnym testem elastyczności dla nas i dla naszych dzieci, a wakaty personalne mogą oznaczać częste zastępstwa i nagłe zmiany w planach zajęć, z którymi przyjdzie nam się mierzyć przez kolejne miesiące.
Zobacz też: Nauczyciele idą na całość i zapowiadają wywiadówki online. „Za użeranie się z rodzicami mi nie płacą”