„SMS od nauczycielki dzień przed zakończeniem roku przelał czarę goryczy. Nie miała prawa”
Dzień przed zakończeniem roku szkolnego nauczycielka wysłała do rodziców krótką wiadomość z przypomnieniem o wodzie i nakryciu głowy przed apelem w pełnym słońcu. Dla jednej z mam to jednak nie była zwykła troska, ale kolejny dowód na to, że szkoła coraz bardziej ingeruje w sprawy rodziców.

Nauczycielka postanowiła przypomnieć rodzicom, że apel przy okazji końca roku odbędzie się na boisku, a prognozy zapowiadają prawdziwy skwar. Jedna z mam odebrała tę wiadomość jak osobisty atak i postanowiła opisać sprawę naszej redakcji. Publikujemy jej maila, ale nie ukrywamy, że w tej historii trudno nam podzielić jej oburzenie.
„Nie potrzebuję, żeby nauczycielka instruowała mnie, jak mam zadbać o własne dziecko”
Szanowna Redakcjo,
piszę do Państwa, bo już naprawdę mam dość tego, jak nauczyciele coraz bardziej wchodzą w kompetencje rodziców. Mam wrażenie, że wielu z nich kompletnie zapomina, gdzie kończy się ich rola. Nie wystarczy już uczenie dzieci i organizowanie szkolnych spraw. Teraz najwyraźniej trzeba jeszcze instruować rodziców, jak mają zadbać o własne dzieci.
Dzień przed zakończeniem roku szkolnego dostaliśmy wiadomość od wychowawczyni mojego syna. Napisała, że przypomina, iż apel odbędzie się na boisku, że zapowiadane są upały i żeby dzieci miały ze sobą wodę, nakrycie głowy, lekkie ubranie, a najlepiej też były posmarowane kremem z filtrem. I może dla kogoś to brzmi jak zwykła wiadomość organizacyjna, ale dla mnie to już było po prostu za dużo.
Przepraszam bardzo, ale ja naprawdę nie potrzebuję, żeby nauczycielka tłumaczyła mi, że w upał dziecko powinno mieć wodę i czapkę. Jestem matką, nie osobą przypadkową, która pierwszy raz wypuszcza dziecko z domu. Naprawdę wiem, jak wygląda czerwiec, umiem sprawdzić pogodę i jestem w stanie sama pomyśleć, że jeśli dzieci stoją na boisku w pełnym słońcu, to warto dać im coś do picia.
„Zwykły komunikat? Dla mnie to było zwykłe pouczanie”
Najbardziej zirytował mnie ton tej wiadomości. Cały pakiet rad, jak rodzic ma przygotować dziecko. Woda, czapka, lekkie ubranie, krem z filtrem. Jeszcze chwila i szkoła będzie rozsyłać instrukcje, co dzieci mają zjeść na śniadanie i o której powinny pójść spać.
Może ktoś powie, że przesadzam, ale ja odebrałam to po prostu jako wtrącanie się. Bo jeśli nauczycielka pisze do wszystkich rodziców w taki sposób, to znaczy, że z góry zakłada, że my sami nie potrafimy zadbać o własne dzieci. A ja sobie nie życzę, żeby ktoś traktował mnie jak osobę nieodpowiedzialną albo niesamodzielną tylko dlatego, że jest wychowawcą mojego syna.
Mam wrażenie, że nauczyciele coraz częściej przekraczają granicę. Zaczyna się od „proszę pamiętać o wodzie”, potem jest „proszę ograniczyć dziecku słodycze”, „proszę dopilnować, żeby wcześniej chodziło spać”, „proszę ćwiczyć czytanie w wakacje”, a za chwilę dojdziemy do momentu, w którym wychowawczyni będzie urządzać rodzicom kurs życia codziennego.
„Naprawdę tylko ja uważam, że nauczycielka nie miała prawa?”
Najlepsze jest to, że moje dziecko i tak miało wszystko, co trzeba. Miało wodę, miało czapkę, było lekko ubrane. Ale to nie zmienia faktu, że sama wiadomość była dla mnie nie na miejscu. Nie chodzi o to, czy rada była słuszna, tylko o samą zasadę. Ja nie mówię nauczycielce, jak ma prowadzić lekcję, więc oczekuję tego samego. Naprawdę nie rozumiem, skąd u niektórych pedagogów przekonanie, że mogą wychowywać już nie tylko dzieci, ale też ich rodziców.
Być może wiele osób stanie po stronie nauczycielki, bo przecież „chciała dobrze”. Tylko że dobrymi chęciami też można przekroczyć granicę. Dla mnie ta wiadomość była zwyczajnie bezczelna i niepotrzebna. Nie po to jestem matką, żeby obca kobieta dzień przed zakończeniem roku szkolnego wysyłała mi instrukcję obsługi upału.
Pozdrawiam.
Komentarz redakcji
Tym razem nie podzielamy oburzenia naszej czytelniczki. Wiadomość od nauczycielki nie wygląda na bezczelność ani próbę „wychowywania rodziców”, tylko na zwykłe, odpowiedzialne przypomnienie przed apelem organizowanym w pełnym słońcu. Trudno mieć pretensje do wychowawczyni, że chciała upewnić się, iż dzieci będą miały wodę i nakrycie głowy, zwłaszcza gdy mowa o kilkudziesięciu uczniach stojących na boisku w upale.
Taki komunikat nie jest przecież wysyłany po to, by kogokolwiek upokorzyć czy pouczać. To raczej standardowa troska o bezpieczeństwo dzieci, bo nauczycielka dobrze wie, że w szkolnym chaosie końca roku łatwo o czymś zapomnieć. W tej historii znacznie bardziej razi nas ton listu matki niż sama wiadomość od wychowawczyni. Jeśli mamy wybierać między nauczycielką, która „za bardzo się przejęła”, a taką, która macha ręką na zdrowie dzieci w 30-stopniowym upale, to zdecydowanie wolimy tę pierwszą.
Czytaj też: