Reklama

Rodzice dostają już pierwsze wytyczne dotyczące zasad w roku szkolnym 2026/2027. Najczęściej powtarzają się apele o niewkładanie do śniadaniówek słodyczy, chipsów i słodzonych napojów, nieprzynoszenie napojów energetycznych, przestrzeganie szkolnych zasad dotyczących telefonów komórkowych (w związku z zakazem wnoszenia telefonów do szkół), a także zakazy przynoszenia ostrych przedmiotów, zabawek rozpraszających podczas lekcji czy produktów mogących zagrażać dzieciom z alergiami.

W wielu szkołach przypomina się również o noszeniu obuwia na zmianę czy odpowiednim stroju. Równolegle od września 2026 r. zaczną obowiązywać nowe przepisy dotyczące żywności sprzedawanej w szkolnych sklepikach i automatach, które jeszcze bardziej ograniczają zawartość cukru w oferowanych produktach.

„Za chwilę będą sprawdzać każdą kanapkę”

Pani Monika, mama ucznia trzeciej klasy, przyznaje, że z każdym rokiem jest coraz bardziej zaskoczona.

– Kiedy szkoła zaczyna mówić mi, co mam zapakować dziecku do śniadaniówki, mam wrażenie, że przekraczamy pewną granicę.

Najbardziej irytuje ją sposób formułowania komunikatów.

– Czasami brzmią tak, jakby rodzice nie mieli zdrowego rozsądku. Zaraz zabronią dzieciom oddychać albo będą liczyć, ile plasterków pomidora jest w kanapce – ironizuje.

Jak podkreśla, jej syn dostaje słodycze sporadycznie. – Jeśli raz na jakiś czas włożę mu do plecaka małego batonika, to naprawdę nie oznacza, że źle go karmię i ma jakieś niedobory.

„Szkoła nie zastąpi rodziców”

Podobnego zdania jest pan Tomasz, tata dwóch córek.

– Coraz częściej mam wrażenie, że szkoła chce wychowywać nie tylko dzieci, ale również rodziców.

Jego zdaniem edukacja zdrowotna jest potrzebna, ale decyzja powinna należeć do rodzin.

– Można zachęcać do zdrowych kanapek, owoców czy wody. Natomiast tworzenie list rzeczy zakazanych budzi we mnie sprzeciw. Za chwilę okaże się, że nauczyciel będzie zaglądał do każdego pudełka ze śniadaniem.

Dodaje, że dzieci i tak szybko zauważają różnice.

– Jedno ma domowe placuszki, drugie drożdżówkę. Tego nie da się całkowicie uregulować.

„To naprawdę ma sens”

Z kolei pani Anna, mama pierwszoklasisty i szóstoklasistki, nie widzi w takich zasadach nic kontrowersyjnego.

– W klasie mojej starszej córki codziennie ktoś przynosił chipsy, słodkie bułki albo kolorowe napoje. Kiedy szkoła poprosiła rodziców o zdrowsze śniadania, naprawdę było widać zmianę.

Jej zdaniem szkoła nie odbiera rodzicom prawa do decydowania.

– To raczej prośba o wspólne dbanie o zdrowie dzieci. Jeśli jedno dziecko wyciąga czekoladowe ciastka, za chwilę połowa klasy chce mieć to samo. W tym wieku presja rówieśników działa bardzo mocno.

Uważa też, że podobnie jest z telefonami.

– Dzieci potrzebują jasnych zasad. Im mniej wyjątków, tym mniej niepotrzebnych konfliktów.

Gdzie kończy się troska, a zaczyna przesada?

Szkoły od lat prowadzą działania promujące zdrowe odżywianie. Sanepid i eksperci ds. żywienia zachęcają, aby drugie śniadanie składało się z pełnoziarnistego pieczywa, warzyw, owoców i wody, a słodycze oraz słodzone napoje pojawiały się jak najrzadziej.

Jednocześnie coraz częściej pojawia się pytanie, gdzie przebiega granica między edukacją a ingerowaniem w decyzje rodziców.

Bo choć większość mam i ojców zgadza się, że dzieci powinny jeść zdrowiej, nie wszyscy chcą, aby szkoła zaglądała do ich śniadaniówek. A sądząc po emocjach, jakie co roku wywołują przedwrześniowe wiadomości od wychowawców, ten spór jeszcze długo się nie skończy.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...