Koledzy z klasy wyśmiali buty jej syna. „Rodzice nie nauczyli szczyli szacunku, to ja im pokażę, gdzie raki zimują”
Dzieci potrafią być bezlitosne, zwłaszcza kiedy znajdą coś, co wyróżnia kolegę z grupy. Dla dorosłego stare buty mogą być po prostu starymi butami. Dla dziecka kilka złośliwych komentarzy może jednak wystarczyć, żeby nagle zacząć wstydzić się czegoś, co jeszcze dzień wcześniej było zupełnie normalne.

Czasem wystarczy jeden komentarz, żeby dziecko zaczęło patrzeć na siebie zupełnie inaczej. Syn pani Karoliny przez kilka dni nie chciał zakładać do szkoły swoich ulubionych butów. Kiedy matka w końcu zapytała, o co chodzi, usłyszała historię, która mocno ją zdenerwowała.
„Mamo, oni się śmiali z moich butów”
Dzień dobry, piszę, bo do tej pory nie mogę uwierzyć, jak łatwo dzieci potrafią zrobić komuś przykrość, kiedy nikt wcześniej nie nauczył ich, że pewnych rzeczy po prostu się nie mówi. Mój syn wrócił ze szkoły zły i zawstydzony, bo kilku chłopaków zaczęło wyśmiewać jego buty.
Chyba jeszcze bardziej niż ich zachowanie zdenerwowała mnie późniejsza reakcja rodziców. Usłyszałam od jednej z mam, że „dzieci przecież tylko żartowały”. No właśnie. Dla nich żart, dla mojego dziecka powód, żeby następnego dnia nie chciało iść do szkoły.
Mój syn chodzi do piątej klasy. Nie kupuję mu wszystkiego, czego zażyczy sobie pod wpływem kolegów. Staram się wybierać rzeczy dobre jakościowo i takie, na które po prostu nas stać. Tym razem kupiliśmy mu nowe buty sportowe. Nie były markowe, ale syn sam je wybrał i naprawdę mu się podobały.
Wrócił ze szkoły i od razu zauważyłam, że coś jest nie tak.
Zapytałam, co się stało. Najpierw wzruszył ramionami, ale po chwili powiedział:
– Chłopaki śmiali się z moich butów.
Zapytałam, co dokładnie mówili.
– Że wyglądają jak z bazaru. Że ich rodzice kupują sobie Nike, a ja mam jakieś „chińskie”.
Podobno zaczęli też porównywać swoje buty i śmiać się, że mój syn ma najgorsze. Pytali, czy nie mamy pieniędzy i czy jesteśmy biedni.
Serce mi pękło. Nie dlatego, że ktoś skrytykował buty. Dzieci mają różne gusta. Zabolało mnie to, że kilku chłopaków urządziło sobie zabawę kosztem mojego syna.
Napisała do jednej z matek
Powiedziałam mu, żeby następnym razem odpowiedział, że jemu jego buty się podobają i nie interesuje go, co myślą inni.
– Ale oni będą się dalej śmiać – odpowiedział.
Znam kilku rodziców z klasy, więc nie miałam problemu, żeby dowiedzieć się, kto brał udział w tej sytuacji. Od razu napisałam do mamy jednego z chłopców.
Nie robiłam awantury. Napisałam wprost, że jej syn razem z kolegami wyśmiewał buty mojego dziecka i że chciałabym, żeby z nim o tym porozmawiała. Odpisała mi:
„Przecież to dzieci. Pewnie sobie żartowali. Mój syn na pewno nie chciał nikogo obrazić”.
No dobrze. Tylko że mój syn poczuł się obrażony. Napisałam jej to. Wtedy dostałam odpowiedź, która jeszcze bardziej mnie zdenerwowała:
„Proszę nie robić afery o głupie buty. Chłopcy muszą się nauczyć radzić sobie z takimi sytuacjami”.
Naprawdę? Czyli mam nauczyć własne dziecko znosić wyśmiewanie, zamiast ktoś nauczył swoje dziecko, że nie należy poniżać kolegi?
„Rodzice nie nauczyli szczyli szacunku”
Nie zamierzam wychowywać syna w przekonaniu, że świat będzie zawsze miły. Wiem, że spotka ludzi, którzy go skrytykują, wyśmieją albo powiedzą coś przykrego. Chcę jednak, żeby wiedział, że nie musi siedzieć cicho, kiedy ktoś próbuje go upokorzyć.
Dlatego napisałam jeszcze raz do tej mamy. Tym razem już bez owijania w bawełnę.
„Nie będę uczyć mojego syna, że ma akceptować chamstwo tylko dlatego, że ktoś nazywa je żartem. Proszę porozmawiać z synem o szacunku do innych”.
Wtedy odpisała mi, że jestem „przewrażliwiona”. Może jestem.
Ale jeśli bronienie własnego dziecka przed upokarzaniem nazywa się przewrażliwieniem, to trudno. Wolę być przewrażliwioną matką niż taką, która mówi: „Daj spokój, dzieciaki tylko się wygłupiały”.
Nagle zabrakło im odwagi
Następnego dnia rano sama poszłam do szkoły. Nie zamierzałam pisać kolejnych wiadomości do rodziców ani prowadzić wojny na klasowej grupie. Chciałam porozmawiać z chłopcami osobiście. Poprosiłam wychowawcę, żeby zawołał ich na chwilę. Kiedy przyszli, powiedziałam spokojnie:
– Wiecie, dlaczego tutaj jestem?
Żaden się nie odezwał.
– Przyszłam, bo wczoraj śmialiście się z butów mojego syna. Chcę, żebyście mi teraz prosto w oczy powiedzieli, co było w nich takiego śmiesznego.
Nagle przestali być tacy odważni.
Jeden wzruszył ramionami. Drugi powiedział, że „to były tylko żarty”. Wtedy odpowiedziałam:
– Dobrze. To teraz wyobraźcie sobie, że jutro przychodzę do waszej klasy i zaczynam komentować wasze buty, ubrania, plecaki i telefony. Mówię wam, że są tanie, brzydkie i że wyglądacie biednie. A potem na koniec dodaję: „Spokojnie, przecież żartowałam”. Nadal byłoby wam do śmiechu?
Patrzyli w podłogę.
Powiedziałam im jeszcze jedną rzecz.
– Nie interesuje mnie, ile kosztowały wasze buty. Nie interesuje mnie, jakie marki nosicie. Ale zapamiętajcie sobie jedno: jeśli jedynym sposobem, żeby poczuć się lepszym od kolegi, jest wyśmianie tego, na co jego rodziców stać, to problem nie leży w jego butach.
Tym razem już żaden się nie odezwał.
Na koniec spojrzałam na nich i powiedziałam:
– I jeszcze jedno. Następnym razem, zanim zaczniecie śmiać się z czyichś rzeczy, zastanówcie się, czy chcielibyście, żeby ktoś tak samo potraktował was. Bo dzisiaj śmiejecie się z czyichś butów, a jutro ktoś może znaleźć coś, z czego zaśmieje się z was. I wtedy też nie będziecie mogli powiedzieć, że „to tylko żart”.
Nie krzyczałam. Nie wyzywałam ich. Ale widziałam, że zrobiło im się głupio. Może to ich czegoś nauczy.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także:
- Jest prosty sposób na darmowe obiady w szkole, a rodzice o tym nie wiedzą. Wystarczy 1 wniosek
- Wstydliwa scena przed wejściem do szkoły. 7-latek zrobił z ojca pośmiewisko. „Wyrwało mu się o jedno słowo za dużo”
- Koleżanki odtrąciły jej córkę, więc im odpłaciła pięknym za nadobne. „Niech smarkule wiedzą, gdzie ich miejsce”