Reklama

Szanowna Redakcji Mamo, To Ja, piszę do Was ten list pod wpływem ogromnych, wciąż żywych emocji, bo jako wieloletnia nauczycielka i wychowawczyni, po raz pierwszy w karierze poczułam tak głęboką bezsilność. Przez całą swoją pedagogiczną drogę widziałam już naprawdę wiele − od tradycyjnych ściąg pisanych na mankietach, przez klasyczne podpowiadanie, aż po ukradkowe zerkanie do zeszytu kolegi z ławki. Jednak zawartość piórnika czwartoklasisty, którą miałam okazję zobaczyć na własne oczy, uświadomiła mi, że jako społeczeństwo i jako wychowawcy zmierzamy w bardzo niebezpiecznym kierunku.

Wszystko zaczęło się zupełnie zwyczajnie, podczas zapowiedzianej z tygodniowym wyprzedzeniem kartkówki z matematyki w czwartej klasie, czyli w momencie, gdy dzieci dopiero wchodzą w ten poważniejszy etap edukacji i uczą się samodzielności. Przechadzając się między ławkami, zauważyłam, że jeden z moich uczniów, dziesięcioletni chłopiec, niezwykle nerwowo manipuluje przy swoim wielkim, rozkładanym piórniku z trzema zamkami błyskawicznymi. Gdy tylko się zbliżałam, maluch gwałtownie zasłaniał przybory ręką, a na jego twarzy malowało się ogromne napięcie. Postanowiłam zareagować, podeszłam bliżej i poprosiłam, aby otworzył piórnik szerzej, bo podejrzewałam, że ukrył tam telefon komórkowy lub tradycyjną, papierową ściągawkę. To, co zobaczyłam po rozpięciu wszystkich przegródek, przerosło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

Profesjonalny arsenał małego oszusta, czyli ściąganie na miarę XXI wieku

Wewnątrz piórnika nie było wcale zwykłych kredek czy ołówków, ale doskonale przemyślany, niemal profesjonalny pakiet zaawansowanych pomocy do ściągania, który zawstydziłby niejednego studenta na trudnym egzaminie. Znalazłam tam specjalny, kupiony w internecie długopis ze ściągą, z którego po pociągnięciu wysuwała się długa papierowa taśma z nadrukowanymi wzorami i gotowymi regułkami z podręcznika. Tuż obok leżał kolejny gadżet − długopis z niewidzialnym tuszem UV oraz wbudowaną w skuwkę latarką, dzięki której chłopiec mógł odczytać wcześniej przygotowane na marginesach czystej kartki odpowiedzi. Jakby tego było mało, w bocznej siateczce ukryte były miniaturowe karteczki harmonijkowe, wydrukowane mikroskopijną czcionką, idealnie docięte i podklejone taśmą dwustronną pod spód linijki.

Ten dziesięcioletni chłopiec nie poświęcił ani jednej minuty na naukę tabliczki mnożenia czy zasad geometrii, ale poświęcił długie godziny na precyzyjne przygotowanie idealnego zestawu do oszukiwania. Stałam nad jego ławką porażona faktem, ile kreatywności, energii i czasu ten młody człowiek włożył w to, aby za wszelką cenę uniknąć samodzielnego myślenia i rzetelnej pracy.

Gdzie podziała się dziecięca uczciwość i dlaczego rodzice na to pozwalają?

Najbardziej przerażające w tej całej sytuacji nie jest jednak zachowanie samego czwartoklasisty, bo dzieci od zawsze próbowały i będą próbować ułatwiać sobie życie na różne sposoby. Prawdziwym dramatem, który spędza mi sen z powiek jako nauczycielce, jest pytanie: skąd dziesięcioletnie dziecko miało dostęp do tak specjalistycznych przyborów i kto mu w tym pomógł? Przecież ten chłopiec nie poszedł sam do sklepu i nie kupił zaawansowanych długopisów UV ani nie zaprojektował mikroskopijnych wydruków komputerowych bez wiedzy dorosłych. Ktoś z jego najbliższego otoczenia − matka, ojciec lub starsze rodzeństwo − musiał te rzeczy zamówić, sfinansować, a być może nawet pomóc mu fizycznie przygotować ten cały oszukańczy arsenał na sprawdzian.

I to jest moment, w którym jako pedagog czuję głęboki, rozrywający ból, ponieważ widzimy tu jawne przyzwolenie dorosłych na oszustwo i dawanie dzieciom bolesnej lekcji, że w życiu liczy się tylko spryt, a nie wiedza. Współcześni rodzice, w pogoni za czerwonym paskiem na świadectwie i idealnymi ocenami, są w stanie zrobić absolutnie wszystko, zdejmując z barków swoich dzieci jakikolwiek wysiłek intelektualny i naukę wyciągania wniosków z porażek.

Konsekwencje pójścia na skróty i smutna prognoza dla młodego pokolenia

Kiedy po lekcji rozmawiałam z tym uczniem na osobności, w jego oczach wcale nie widziałam skruchy czy wstydu, a jedynie ogromny żal i pretensję, że został przyłapany, a jego idealny plan legł w gruzach. On naprawdę nie rozumiał, co zrobił źle, ponieważ w jego świecie najważniejsza była ocena końcowa, nieważne, jakimi metodami zdobyta − i to jest największa tragedia współczesnej szkoły. Jeśli już w czwartej klasie uczymy dzieci, że system można i należy oszukać za pomocą kupionych gadżetów, to jakie wartości te dzieci wniosą w swoje dorosłe życie za dziesięć czy piętnaście lat?

Rośnie nam pokolenie ludzi, którzy nie potrafią logicznie myśleć, nie potrafią skupić się na dłuższym tekście, nie mają nawyku rzetelnej pracy, a każdy, nawet najmniejszy problem próbują rozwiązać na skróty. Jako nauczycielka z wieloletnim doświadczeniem krzyczę dziś głośno: opamiętajmy się, bo te dzieci naprawdę same się zaorają, a my, dorośli, będziemy ponosić tego bolesne konsekwencje. Pozwólmy dzieciom popełniać błędy, pozwalać im dostawać gorsze oceny i uczyć ich, że prawdziwa wartość leży w wiedzy i uczciwości, a nie w perfekcyjnie ukrytej ściądze w szkolnym piórniku.

Z wyrazami szacunku i nadzieją na refleksję,

Doświadczona Nauczycielka


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Pedagog szkolny bije na alarm po tym, co zastał w łazience. Kto wychowuje te dzieci? „Upodlenie”

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...