Reklama

Mam świadomość, że ten list może wywołać sporo emocji, dlatego proszę o anonimowość. Nie chcę podawać ani nazwy szkoły, ani miejscowości, ani żadnych szczegółów, po których rodzice mogliby rozpoznać mnie albo swoje dzieci. Chcę po prostu opowiedzieć o sytuacji, która bardzo mnie dotknęła i do dziś sprawia, że inaczej patrzę na relację z rodzicami moich uczniów.

„Dowiedziałam się o grupie na WhatsAppie”

O tym, że rodzice mają swoją grupę na WhatsAppie, dowiedziałam się zupełnie przypadkiem. Początkowo nawet mnie to nie zdziwiło, bo przecież rodzice często tworzą takie grupy, żeby ustalać sprawy związane ze szkołą, przypominać sobie o wycieczkach, składkach czy wydarzeniach. Pomyślałam więc, że to normalna rzecz i zupełnie się tym nie przejęłam.

Po jakimś czasie zaczęły jednak docierać do mnie informacje, że grupa wygląda zupełnie inaczej, niż sądziłam. Rodzice zaczęli tam komentować nauczycieli, oceniać ich pracę i rozmawiać o tym, kto ich zdaniem jest dobrym pedagogiem, a kto „nie powinien pracować z dziećmi”. Nie mam problemu z tym, że rodzic może być niezadowolony i chce się tym podzielić z innymi, bo nauczyciel też nie jest świętą krową i może popełniać błędy.

Z czasem granica została jednak przekroczona.

„Nagle przestało chodzić o szkołę”

Pewnego dnia dowiedziałam się, że w tej grupie zaczęły pojawiać się komentarze na mój temat. Nie chodziło już o sprawdziany, zadania domowe czy sposób prowadzenia lekcji, tylko o mnie jako osobę. Ktoś komentował mój wygląd, ktoś inny sposób ubierania się, a jeszcze ktoś zastanawiał się, dlaczego ostatnio jestem częściej zmęczona.

Przyznam, że poczułam się okropnie. Człowiek może przygotować się na krytykę swojej pracy, ale trudno przygotować się na świadomość, że grupa dorosłych osób siedzi wieczorem na telefonach i rozmawia o tym, jak wyglądasz, jak się zachowujesz albo co dzieje się w twoim życiu.

Najbardziej zapamiętałam jeden komentarz. Ktoś napisał, że skoro ostatnio jestem taka rozkojarzona, to „pewnie zaraz zaciążę”. Inna osoba odpowiedziała na to żartem, że wtedy będzie przynajmniej wiadomo, dlaczego „nie ma głowy do szkoły”.

„Czy naprawdę musieli pisać o moim życiu?”

Nie jestem osobą, która opowiada rodzicom o swoim prywatnym życiu. W szkole jestem nauczycielką i staram się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafię. To, czy mam partnera, czy planuję dzieci, czy jestem zmęczona albo dlaczego danego dnia mam gorszy humor, nie powinno być przedmiotem dyskusji osób, których dzieci uczę.

Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwie ktoś czuje potrzebę pisania takich rzeczy. Przecież jeżeli rodzic uważa, że źle wykonuję swoją pracę, może powiedzieć mi to wprost albo porozmawiać z dyrekcją. Można się ze mną nie zgadzać, można mieć pretensje, można nawet uważać, że jestem kiepską nauczycielką. Ale co ma do tego moje życie prywatne?

Najbardziej przykre było to, że osoby, które codziennie widuję w szkole i którym normalnie mówię „dzień dobry”, mogły później pisać o mnie takie rzeczy w grupie, w której czuły się bezpiecznie.

„Zaczęłam zastanawiać się, kto mnie obserwuje”

Od tamtej pory kilka razy złapałam się na tym, że zastanawiam się, co rodzice o mnie mówią. Kiedy ktoś dłużej na mnie patrzy, zaczynam myśleć, czy przypadkiem nie komentuje czegoś, co usłyszał w tej grupie. Kiedy po lekcji rodzic chce ze mną porozmawiać, przez chwilę zastanawiam się, czy za chwilę nie usłyszę kolejnej uwagi dotyczącej czegoś zupełnie niezwiązanego ze szkołą.

To jest chyba najgorsza część tej historii – poczucie, że straciłam pewien rodzaj zaufania. Wcześniej wychodziłam z założenia, że nawet jeśli rodzice mają do mnie zastrzeżenia, to rozmawiamy o nich jak dorośli. Teraz wiem, że część rozmów odbywa się poza mną i że nie zawsze dotyczą one tego, co dzieje się w klasie.

Nie oczekuję, że wszyscy rodzice będą mnie lubić. Nie oczekuję też, że nigdy nie będą mnie krytykować. Sama jestem człowiekiem i wiem, że mogę coś zrobić źle. Chciałabym tylko, żeby krytyka dotyczyła mojej pracy, a nie mojego życia.

„Nie wiem, czy jeszcze potrafię udawać, że nic się nie stało”

Najbardziej boli mnie chyba to, że teraz muszę spotykać tych ludzi i zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nie mogę przecież podejść do każdego rodzica i powiedzieć, co wiem, bo nie chcę rozpętywać wojny, która odbiłaby się również na dzieciach.

Dlatego milczę i robię swoje. Przygotowuję lekcje, rozmawiam z uczniami, odpowiadam na pytania rodziców i staram się nie myśleć o tym, co ktoś może napisać o mnie wieczorem.

Ale jedno się zmieniło. Już wiem, że za każdym „czy mogłaby pani chwilę porozmawiać?” może kryć się coś więcej, a za uśmiechem rodzica nie zawsze musi iść sympatia. I chyba najbardziej żałuję tego, że dowiedziałam się o tej grupie, bo wcześniej po prostu ufałam ludziom.

Nie chcę wojny z rodzicami. Chcę tylko, żeby pamiętali, że po drugiej stronie też jest człowiek. Nauczyciel może być oceniany za swoją pracę, ale nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że stoi po drugiej stronie biurka.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: 300 zł za wychowawstwo to za mało. Nauczyciele chcą podwyżki dodatku do 1500 zł

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...