Reklama

Wystarczyło kilka minut rozmowy, żebyśmy odkryły, jak różne mamy wspomnienia z dzieciństwa i jak zupełnie inaczej patrzymy na to samo zjawisko.

„Przecież jest 22:00. Gdzie są ci rodzice?”

Ewelina mieszka na nowym, zamkniętym osiedlu. Takim z ogromnym placem zabaw, plenerową siłownią, wybiegiem dla psów i wewnętrznym dziedzińcem, na którym latem życie toczy się niemal do północy.

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie wyraźnie poruszona.

– Codziennie, nawet o 22, słyszę wrzaski tych dzieciaków. Jeżdżą na hulajnogach, biegają, śmieją się, krzyczą. I wiesz, co jest najgorsze? Że wśród nich są nawet sześciolatki. Rodziców prawie nie widać. Czasem ktoś spojrzy z balkonu, czasem przejdzie przez dziedziniec, ale poza tym dzieci są same. Naprawdę nie rozumiem, jak można na to pozwalać.

Po czym dodała:

– To chyba taki pokaz nowobogackiego podejścia. Kupili mieszkanie na zamkniętym osiedlu, więc myślą, że dzieci mogą robić wszystko i o każdej porze.

Przyznam, że przez chwilę próbowałam spojrzeć na sytuację jej oczami. Rzeczywiście, dziś świat wygląda inaczej niż 20, 30 lat temu. Rodzice są bardziej świadomi zagrożeń, więcej mówi się o bezpieczeństwie i trudno się dziwić, że sześciolatek bawiący się sam późnym wieczorem może budzić niepokój.

Nasza rozmowa szybko jednak skręciła w zupełnie innym kierunku.

A może po prostu pamiętamy zupełnie inne wakacje?

Kiedy Ewelina opowiadała o tym, że po wieczorynce musiała myć zęby i iść spać, nawet latem, uśmiechnęłam się. Bo moje wakacje wyglądały zupełnie inaczej.

Pamiętam długie letnie wieczory, kiedy z grupą dzieci z osiedla graliśmy w chowanego, jeździliśmy na rowerach i wracaliśmy do domu dopiero wtedy, gdy robiło się ciemno albo mama wołała z balkonu. Nikt nie sprawdzał co pięć minut, gdzie jesteśmy. Nikt nie organizował każdej minuty dnia. Wakacje miały smak beztroski i lodów-pałeczek za 40 groszy.

Właśnie dlatego nie potrafiłam jednoznacznie przyznać Ewelinie racji. Bo czy naprawdę problemem jest to, że dzieci o 22 jeszcze się bawią? A może to ta społeczna niechęć do dzieci, która objawia się nawet w takich sytuacjach?

Między beztroską a komfortem doroslych

Coraz częściej słyszymy, że dzieciaki przeszkadzają. Są za głośne na plaży, zbyt żywiołowe w restauracji, męczą pasażerów w samolocie, zakłócają spokój w hotelu. Powstają kolejne strefy i obiekty „tylko dla dorosłych”, a internet regularnie rozgrzewają dyskusje o tym, że dzieci powinny być „niewidoczne i niesłyszalne”.

Tylko gdzie właściwie przebiega granica? Oczywiście rodzice mają obowiązek reagować wtedy, gdy dziecko przeszkadza innym albo zachowuje się niebezpiecznie. Ale czy naprawdę chcemy świata, w którym dzieci będą mogły być dziećmi wyłącznie we własnym pokoju albo na specjalnie wyznaczonym placu zabaw? A nie, wróć, nawet na osiedlowym placu zabaw zaczynają przeszkadzać...

Wakacje od zawsze kojarzyły się z bieganiem do późnego wieczora, głośnym śmiechem i spontaniczną zabawą. Jeśli odbierzemy dzieciom także to, zostanie im głównie ekran telefonu i kolejne zajęcia zorganizowane przez dorosłych.

Może więc, zamiast odruchowo oburzać się na każdy dziecięcy okrzyk dochodzący z podwórka, warto zadać sobie inne pytanie. Czy naprawdę przeszkadzają nam dzieci? A może coraz trudniej akceptujemy to, że świat nie został stworzony wyłącznie z myślą o ciszy, porządku i komforcie dorosłych?

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...